Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 259 546 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


CZĘŚĆ ÓSMA: POZORY MYLĄ.

poniedziałek, 17 lipca 2017 20:35

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RYKOSZET

- Trzymaj. Niech Cię prowadzi. Niech wyznacza Ci kierunek w stronę światła, powiedział Shervin, wręczając mi wisiorek z wizerunkiem Faravahara. - Oby każdy Irańczyk podążał w wyznaczonym przez niego kierunku. Bylibyśmy najsilniejszym narodem na świecie. Niestety, ktoś już dawno stłumił Persję. W jej miejsce, mamy to co mamy. Sam widzisz. Mimo to, Faravahar, nadal jest w nas obecny. (Faravahar to jeden z symboli religijnych Zorastrianizmu, najbardziej rozpowszechnionej religii w Imperium Perskim. Obecnie, Faravahar jest symbolem nie tylko starożytnej religii, ale i perskiej tożsamości. Motyw Faravahara jest najpopularniejszym motywem zdobniczym wśród Irańczyków w każdym wieku. Sylwetka starego człowieka z brodą symbolizuje mądrość przychodzącą z wiekiem, Trzy główne pióra prawego i lewego skrzydła, oznaczają opisane przez Zaroszta podstawowe warunki rozwoju - dobre myśli,  dobre słowa i dobre uczynki. Ogon symbolizuje złe myśli, złe słowa i złe uczynki – przyczynę niedostatku i nieszczęścia. Pętle po bokach ogona odnoszą się, odpowiednio, pętla lewa – skierowana ku twarzy do sił pozytywnych; pętla prawa, skierowana ku tyłowi do sił negatywnych. Znajdujący się po środku pierścień, symbolizuje nieskończoność wszechświata i nieskończoność duszy. Uniesiona do góry dłoń Faravahara wyznacza kierunek, którym powinniśmy podążać. Wszystko po przeciwnej stronie dłoni, powinno zostać odrzucone. Pierścień odnosi się do małżeństwa i lojalności. Może dlatego, Irańczycy przeważnie wywiązują się z obietnic).

 faravahar.png

Dowieziony przez młodego chłopaka w niebieskim pickupie pamiętającym lata siedemdziesiąte do niewielkiej wioski, zatęskniłem za suchymi, lecz urozmaiconymi przez liczne drzewa piniowe okolicami Shiraz. Znalazłem się w miejscu, w którym, jak mi się wydawało, Diabeł już dawno powiedział dobranoc i, do którego nigdy już więcej nie wrócił. Pusta ulica. Domy z opuszczonymi w dół antywłamaniowymi roletami. Niosący poplątane ciernie i drobny piasek wiatr. Przez chwilę poczułem się jak na Dzikim Zachodzie. Z każdym podmuchem wiatru, uderzany w twarz przez drobinki piasku, robiłem się coraz bardziej niespokojny.. Do tego, wkrótce po tym jak kierowca, który odstawił mnie na pustej, porośniętej chwastami parceli, zawrócił, na dwóch motorach podjechało czterech rosłych mężczyzn z zasłoniętymi twarzami. „Nie nie, co teraz mi znowu ukradną?”, pomyślałem podchodząc na ich zawołanie. Nie miałem wyjścia. Zamiast podejmować próbę, z góry skazanej na porażkę, ucieczki, posłuchałem głosu honoru, który pchnął mnie w ich kierunku. Stanęliśmy naprzeciw siebie. Największy z nich, ubrany w luźną koszulę i poprzecierane jeansy z bandaną na twarzy, zmierzył mnie wzrokiem. Przez chwilę, jedynym słyszalnym dźwiękiem był odgłos wiatru. Duży mężczyzna podał mi dłoń. Następnie, gestem pokazał na pozostałych. Wsiedli spowrotem na motory i odjechali. Skuliłem się na chwilę obok górującej nad parcelą ściany by przeczekać piaskową zawieruchę.

- Pool nadaram. Powiedziałem do trzydziestuparuletniego kierowcy białej Saby Saipy z gęstą czarną brodą, grubymi, kędzierzawymi, czarnymi włosami i surowym wyrazem twarzy.

- Pool nadari? Roześmiał się kierowca, kilkukrotnie upewniając się czy dobrze zrozumiał. Wytłumaczyłem mu dokąd jadę i co robię. Zgodził się by mnie ze sobą zabrać. Przez całą drogę, oprócz pytania o religię i narodowość, nie odezwaliśmy się ani słowem. Był zbyt zajęty szybką jazdą po licznych, przecinających wysuszone na pieprz pagórki, zakrętach. Zabierał coraz to nowych pasażerów, podwożąc ich do kolejnych wiosek. Patrząc jak inni płacą, miałem wątpliwości czy, aby na pewno nie zawoła ode mnie pieniędzy. Do czasu aż zatrzymał się przed sklepem. Wyszedł z samochodu, nie gasząc go. Wracając, trzymał dwa lody. Waniliowe rożki.

- Ramadan? Zapytałem kiedy wręczył mi jednego z nich.

- Podróż. Trzeba coś przegryźć. Odpowiedział.

Do czasu aż dojechaliśmy do miejsca, w którym musiał odbić wziął jeszcze kilku płatnych pasażerów. Kiedy wysiadałem, wręczył mi malutki pliczek banknotów i życzył powodzenia.

 

Fala wilgotnego, przytłaczającego gorąca uderzyła mnie gdy wyszedłem  klimatyzowanego samochodu. „Las to, czy gaj to? Jak nic dalej nie złapię, tutaj rozbiję namiot”, myślałem. Wieczorny głos Muezzina wykształcił u mnie odruch warunkowy rozglądania się za noclegiem. Podszedłem do kramiku z daktylami. Poprosiłem o dziesięć sztuk. „– Takich małych ilości nie sprzedajemy.” Powiedział ubrany w biały, luźny, piżamowaty strój młody chłopak cofając moją, wyciągniętą ku niemu dłoń trzymającą pieniądze. „– Jeśli będziesz potrzebował więcej to wystarczy, że pójdziesz tam”, pokazał palcem na wyglądające jakby ciągnęły się w nieskończoność, plantacje daktyli. „– Irańskie daktyle uchodzą za najlepsze na świecie. Powinieneś się nacieszyć ulubionym owocem Mahometa, jedynego proroka Allaha, tak długo jak tu jesteś”. Daktyl jest, jednak, na tyle sycącym owocem, że dziesięć sztuk mi wystarczyło.

Faravahar, popchnął mnie w stronę dwupasmowej trasy. „Jeszcze tylko sto kilometrów”, pomyślałem. Jedyne samochody, które się zatrzymywały to zbiorowe taksówki. Nikt nie chciał wziąć mnie za darmo. Nikt, oprócz kierowcy wiozącego grupkę trzech rozrywkowych chłopaków. Mimo, że już dużo wcześniej, odrzuciłem stereotypowe myślenie, odniosłem nieodparte wrażenie, jakby Faravahar chciał tym razem, dla odmiany, pokazać mi skrajne przeciwieństwo stereotypu Iranu jako państwa wiecznie skłóconego z zachodem, o fundamentalistycznym ustroju i skostniałych poglądach społeczeństwa. Znalazłem się w klimatyzowanej „galerii osobliwości” na kołach. Obok mnie, starannie ułożona, rozjaśniana grzywka, ubranego w strój o krzykliwych kolorach, młodego posiadacza kilkunastocentymetrowych, malowanych paznokci muskających szyję siedzącego na fotelu pasażera skromnego z wyglądu chłopaka, który swoją odmienność podkreślał jedynie w odbijających się w lusterku, pociągniętych grubą warstwą maskary rzęsach. Kierowca, zmieniając ścieżkę dźwiękową co chwila klaskał i zachęcał wszystkich pasażerów do naśladowania. „Nad morze jedziemy. W Tajlandii też jest morze. Może, wbrew obiegowemu przekonaniu, południowe wybrzeże Iranu przypomina południowe wybrzeże Tajlandii?”, zastanawiałem się.

 

„Czy tutaj padało?”, przeszło mi przez głowę gdy zbliżyliśmy się do wybrzeża. Suche powietrze, ustąpiło miejsca gęstej mgle, która od razu po opuszczeniu samochodu osadziła się na moich okularach. Nie wiedziałem czy moje ubrania w błyskawicznym tempie stały się mokre od wilgoci czy, nagle, tak obficie zacząłem się pocić. Dookoła, wszystko wyglądało jak po letnim deszczu odparowującym właśnie w górę. Nawet asfalt; nawet krawężnik, na którym usiadłem były mokre. Takiej wilgoci, przy takiej wysokiej temperaturze jak po irańskiej stronie Zatoki Perskiej, jeszcze nigdy wcześniej nie widziałem. Młody, łysy Irańczyk w czarnym stroju, z kilkudniowym zarostem na twarzy, podał mi puszkę zimnego, bezalkoholowego Istara. Zaczęliśmy rozmawiać. Zmęczony, dopiero po jakimś czasie, zreflektowałem się że mówiliśmy po rosyjsku.

- Dlaczego Ty po rosyjsku do mnie mówisz? Zapytałem.

- A to Ty nie jesteś z Rosji? Przyznam, że na początku nie rozumiałem pytania, które dostałem w odpowiedzi.  


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Translator

BLOG ROKU

Zapraszam do głosowania
tutaj.

Oni ze mną jadą

Szukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Bądź na bieżąco

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

W drodzę