Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 555 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


CZĘŚĆ JEDENASTA: BURZE PIASKOWE

piątek, 18 sierpnia 2017 22:25

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

SORUSH – MULLAH

(Mullah  - tytuł używany w Iranie w stosunku do przedstawicieli muzułmańskiej klergii).

Pożegnawszy się z sympatycznym kierowcą olbrzymiego, starego, pomarańczowego Macka z lat siedemdziesiątych, stanąłem na rozdrożu. Rozejrzałem się dookoła wydającej się ciągnąć w nieskończoność równiny by ocenić swoje szanse na dalszy przejazd. Czasu miałem pod dostatkiem. Mimo palącego słońca i wciskającego na siłę się do oczu piachu, zapału również mi nie brakowało. Brązowa skóra już dawno zdążyła się przyzwyczaić do wszystkich konsekwencji związanych z dziurą ozonową a, dzięki temu, że odbiłem znacząco na północ od Zatoki Perskiej, suchy upał wydawał mi się być obojętny. Widząc na horyzoncie przejeżdżający samochód, wystawiłem dłoń. Młody chłopak, pomógł włożyć mi do bagażnika plecak i wskazał miejsce obok ojca. Łysiejący kierowca wyjaśnił, że jedzie na plac budowy odbywającej się nieopodal miejsca, w którym się spotkaliśmy. Zapytał się czy mam ochotę poznać jego znajomego. Pokiwałem twierdząco głową. Po odbiciu od równej, głównej drogi, znaleźliśmy się na wyboistym szlaku wiodącym w stronę stalowych rusztowań i stojących w miejscu dźwigów. Zaparkowaliśmy w cieniu, pomiędzy obozem dla robotników zbudowanym z prowizorycznych kontenerów. Kierowca, poprosił mnie o czarną skórzaną akówkę. Pokierowaliśmy nasze kroki do jednego z kontenerów urządzonego na biuro. Klimatyzator pracował pełną parą. Starszy mężczyzna, ziewając stukał sennie w klawisze stojącego na biurku komputera z kineskopowym monitorem. Wiszący na ścianie zegar z wykaligrafowanym motywem „Allah Akbar” wydawał się cykać w zwolnionym tempie. „Mamy gościa”, powiedział mój kierowca. Stukający w klawiaturę mężczyzna podniósł się, uścisnął mocno moją dłoń, wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu i pokazał na jedno z dwóch stojących przed komputerem krzeseł.

- Herbaty? Zapytał.

- Ramadan, odpowiedziałem, widząc oczyma wyobraźni stojącą w oddali, upragnioną szklankę o wąskiej talii, którą delikatne, zdobione henną dłonie wypełniają gorącym płynem o słomkowej barwie.

Siedzący już obok mnie kierowca, uśmiechnął się i poklepał mnie po plecach. Następnie, wyjął z teczki plik papierów i pokazał mężczyźnie za biurkiem. Ten, przystawił je do siebie, sięgnął po okulary, zadał kilka pytań, po czym wyszedł. Wrócił po kilku minutach z kolegą. Wysoki, szczupły, młody mężczyzna z nierówną od szerokiego uśmiechu gęstą, kręconą brodą łączącą się na skroniach z krótkimi, czarnymi, kręconymi włosami, przedstawił mi się jako Yusuf.

- Michał, odpowiedziałem, podając dłoń.

- Mikael, Mikael. Jak jeden z Archaniołów. Miło mi Cię poznać. Jestem Yusuf. Wiesz co oznacza Twoje imię? Zapytał mężczyzna uśmiechając się szeroko po raz kolejny.

- W jakim języku?

- A z jakiego pochodzi? Głos Yusufa wyraźnie wskazywał na to, że znał odpowiedź.

- Z He....., zawahałem się... z Aramejskiego. I oznacza „Któż może być równy Bogu?”.

- Dokładnie tak. I jaka jest odpowiedź?

- Oczywiście negatywna. Nikt nie może być równy Bogu.

- Dokładnie, potwierdził Yusuf, kiwając głową. – A wiesz co oznacza moje imię?

- O ile pamiętam, ma coś wspólnego ze wzrostem Boga w moc.

- Z rosnącą mocą Boga. Yusuf był prorokiem, jedenastym synem Jakuba. Jednym z najbardziej posłusznych wobec Allaha wiernym. Kiedy, przez zazdrosnych braci, znalazł się w więzieniu, Allah udzielił mu talentu interpretowania znaczeń snów. Przepowiedział przyszłość dwóm współwięźniom. Jeden, zgodnie z jego słowami, trafił na krzyż, drugi, na królewski dwór. Dzięki niemu, Yusuf, mógł przepowiedzieć mające nadejść siedem lat bogactwa, po których nastąpi siedem lat głodu, na podstawie snu Króla o siedmiu dorodnych bawołach zastąpionych przez siedem wychudzonych krów. W ten sposób, Yusuf został oczyszczony z fałszywych zarzutów i wypuszczony z więzienia z honorowym poleceniem doglądania egipskich spichlerzy by, wykorzystując lata dostatku, przygotować kraj na siedem lat cierpień, wyjaśnił Yusuf. – Michale, dodał.

- Słucham?

- Słyszałem, że jedziesz do Kerman.

- Zgadza się.

- Mogę Ci w tym pomóc, ale najpierw, zapraszam Cię do swojego domu, szeroki uśmiech Yusufa nie pozwolił mi odmówić.

Wsiedliśmy do szarej Saby Saipy. Zanim ruszyliśmy, Yusuf odszukał na liście ścieżek MP3 perską muzykę. Wróciliśmy na główną drogę i, mijając rozdroże, na którym wcześniej wysadził mnie kierowca Macka, pokierowaliśmy się w stronę miasta, Yusuf zaparkował pod pięciokondygnacyjnym budynkiem z cegły w wyblakło-żółtym kolorze, którego okna wyglądały na znajdujący się po drugiej stronie sennej ulicy park ze świeżo skoszoną, równiutką i żywo zieloną trawą. Schodami weszliśmy na drugie piętro. Yusuf, zapukał do drzwi prawą, masywną kołatką w kształcie głowy konia.

- Zapraszam do środka. To jest moja żona, powiedział Yusuf, pokazując palcem na kobietę, której całe ciało, z wyjątkiem twarzy ozdobionej lekkim makijażem, zasłaniał czarny, luźny hidżab. Skinąłem głową w stronę kobiety mówiąc, Salam. – A to córeczka. Ma dziesięć lat, możesz mówić do niej po angielsku. Dziewczynka o długich włosach objęła moją wysuniętą w jej stronę dłoń i przystawiła jej wierzch do czoła skierowanej w dół głowy. Kiedy, wspólnie z Yusufem usiedliśmy na fotelach w obszernym, nowoczesnym, zintegrowanym z kuchnią salonie o jasnej kolorystyce, dziewczynka towarzyszyła nam podczas rozmowy.

- Wiesz, bardzo chciałbym nauczyć się angielskiego. Chciałbym by moja córka mogła osłuchać się z językiem. Co Ty na to byś tutaj został przez jakiś czas? Zapłacilibyśmy Ci.

- Przepraszam bardzo, ale nie mogę. Niestety, mam w Iranie bardzo ograniczony pobyt. Żałuję, że nie mogę dłużej zostać, ale kilka tysięcy kilometrów stąd czeka mnie przejście graniczne położone wysoko w górach, na które muszę zdążyć zanim spadnie śnieg.

- Rozumiem. Zatem może następnym razem kiedy będziesz w Iranie?

- Niewykluczone. Może wymienimy się danymi kontaktowymi?

- Proszę, to jest mój telefon, Yusuf, pięknie zdobionym piórem idealnie pasującym do czarno-złotych spinek przy jego mankietach, zapisał na elegancko marszczonej kartce papieru swój numer telefonu. – Zapiszę Ci również moje imię na facebooku. Co Ty na to?

- A facebook nie jest zablokowany w Iranie? Zapytałem ironicznie.

- Jest, ale blokadę da się obejść. Wiesz jak?

- Wiem. Żartowałem tylko. Zastanawia mnie dlaczego facebook jest zablokowany a większość Irańczyków ma konto na facebooku. Nawet irańskie media mają swoje strony.

- Facebook to portal, na którym ludzie mogą wymieniać się wiadomościami, informacjami. Wiesz, że w Iranie istnieje kilka grup, które działają przeciwko rządowi. Rząd chce za wszelką cenę stłumić w zalążku akcje, które mogą skończyć się przemocą na ulicach. To cena bezpieczeństwa. Facebooka, jak i resztę internetu, oraz inne media można wykorzystać do dobrych i złych celów. Samo korzystanie z mediów nie jest złe, mimo nawet oficjalnego zakazu. Koran mówi o intencjach i uczynkach, nie zaś o samych narzędziach. Media, same w sobie, są dobre, o ile są wykorzystywane z głową.

- Skąd tyle odniesień do Koranu?

- Jestem Mullą. Jako duchowny, muszę codziennie stać na straży dobra i kierunkować ludzi na działania zbliżające ich do Allaha.

- W takim razie, już rozumiem skąd ten strój, spojrzałem na nienagannie uprasowane czarne spodnie oraz lekko połyskującą białą koszulę, które nijak miały się do budowy, na której poznałem Yusufa.

- To jest mój strój codzienny. Zostałem poproszony o rozmowę z robotnikami na budowie u mojego kolegi. Mój strój liturgiczny wygląda znacznie inaczej. Masz jednak rację, wśród irańskich duchownych, ubiór odgrywa bardzo ważną rolę. Wiesz, że irańscy Mullah uchodzą za najlepiej ubranych w świecie Islamu?

- Nie wiedziałem.

- Wiesz gdzie jest irański Mediolan duchownych? Centrum mody liturgicznej w Iranie?

- Esfahan?

- Błąd. Qum. Byłeś tam?

- Nie. Niestety, nie miałem po drodze.

- Rozumiem. O! Już gotowe, zapraszam, Yusuf, zamaszystym ruchem ramienia, wykonał gest w stronę ceraty, na której jego żona ustawiła kilka półmisków, oraz talerzy z jedzeniem.

Zajęliśmy miejsce na cienkim, perskim dywanie. Spojrzałem Yusufowi w oczy. Na jego twarzy, nadal malował się serdeczny i szczery uśmiech.

- Przecież jest Ramadan, powiedziałem.

- Ale Ty przecież nie jesteś Muzułmaninem, wyraźnie zdziwił się Yusuf.

- Ale Ty jesteś duchownym a post się jeszcze nie skończył.

- To co? Koran nakazuje przyjęcie wędrowników i nakarmienie duchownych, niezależnie od pory dnia.

- Ty również pościsz?

- Poszczę. Jestem Muzułmaninem. Jak miałbym nie zachowywać Świętego Miesiąca?

- Zatem, głupio mi będzie jeść przed Tobą. Jestem pewien, że sam również jesteś głodny.

- Moja kochana żona przygotowuje mi takie jedzenie codziennie. Szczególnie teraz, podczas Ramadanu, kiedy ma wolne i dla jednego posiłku spędza więcej czasu w kuchni. Jedz śmiało i nie gadaj bo wystygnie, uspokoił moje obawy Yusuf.

Spojrzałem na talerze z jedzeniem, na wodę, której nie piłem od kilku godzin, na pomidory, których od dawna mi brakowało i na płaski chleb, którym miałem zamiar się nacieszyć póki znajdowałem się na Bliskim Wschodzie. W głowie pojawiły mi się hipotetyczne założenia jak mógłby poczuć się mój rozmówca abstrahując od jego zapewnień, że nie ma nic przeciwko bym napełnił pusty żołądek. „Jeśli wezmę kęs, mogę obrazić jego religię. Z drugiej strony, jeśli nie sięgnę w stronę jedzenia, pokażę brak szacunku wobec jego żony. Do tego, w jawny i oczywisty sposób, odrzucę ważną dla Persów gościnność. Religia przeciw rodzinie i gościnności. Dwa przeciw jednemu.” Jeszcze raz spojrzałem na zachęcającego mnie gestem Yusufa. Oderwałem kawałek chleba owijając nim przyprawionego białym pieprzem, solą i bazylią pomidora i uniosłem w stronę ust.

- Mam nadzieję, że smakuje Ci kuchnia mojej żony, powiedział Yusuf nie zdejmując z ust serdecznego uśmiechu.

Słysząc te słowa, byłem pewny, że dokonałem właściwego wyboru i zadowolony, że spotkałem człowieka bezpośrednio związanego z Islamem o otwartych horyzontach i niesamowitej tolerancji, szukającego nie tyle udowodnienia swoich racji, ile rzeczowej dyskusji. Po posiłku, bowiem, zajęliśmy się rozmową na temat miłości, która płynie nie tylko z Koranu, ale również z Tory, Biblii, a nawet z nauk buddyjskich. Nawet przez chwilę, Yusuf, nie próbował mnie „nawrócić”. Zamiast tego, skupił się na tym co łączy a nie dzieli religie świata. 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Translator

BLOG ROKU

Zapraszam do głosowania
tutaj.

Oni ze mną jadą

Szukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Bądź na bieżąco

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

W drodzę