Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 495 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

CZĘŚĆ SZÓSTA: ZNAK ZAPYTANIA

sobota, 17 czerwca 2017 20:50
Skocz do komentarzy

SAEED – KIEROWCA CIĘŻARÓWKI.

- Allah, Allah – co Ty tu robisz? Zapytał Saed, który widząc mnie na poboczu, od razu zatrzymał wielką, wiozącą owoce starą ciężarówkę z lubiącym paliwo i hałas silnikiem ukrytym pod wystającą  z przodu maską.

- Jadę do Jandaq.

- Nie wiedziałem, że tu może się ktoś kręcić. Myślałem, że zjawę widzę. Szczerze mówiąc, przestraszyłem się jak mi tak machałeś. Ale coś podpowiedziało mi by się zatrzymać. Życie Ci niemiłe?

- Chciałem zobaczyć pustynię. Dziękuję, że się Pan zatrzymał. Długo czekałem. Nie wiem ile, ale długo. Już myślałem, że nikt tędy nie jeździ. 

- Allah, Allah! Tutaj niczego nie ma. Gorąco. Nieprzyjaźnie. Nie idzie wytrzymać. Chcesz wody?

- Tak, dziękuję.

Saeed podświadomie wzbudził we mnie szacunek. Wszystko za sprawą czarnej koszuli, włożonej w czarne, eleganckie spodnie wyprasowane na kant oraz twarz – poczciwą twarz z o rysach George’a Clooney’a z siwym zarostem łączącym się na skroniach z krótko przystrzyżonymi, szpakowatymi włosami. Moja znajomość perskiego była wówczas jeszcze ograniczona właściwie do prostych, komunikatywnych zwrotów.  Mimo to, przez kolejne kilka godzin jazdy w ciężkich i surowych warunkach, przy użyciu tych podstawowych słów, znaleźliśmy sposób nie tylko porozumiewania się, ale i wzajemnego zrozumienia. Panuje przekonanie, że werbalna komunikacja, stanowi jedynie 5  procent ogółu przekazu wiadomości. Reszta odbywa się przy użyciu świadomych lub nieświadomych gestów i mimiki. Widząc krople potu na moim czole, Saeed, przestawił ledwie dyszący nawiew w moją stronę pytając czy dobrze się czuje i czy nie zatrzymać na chwilę ciężarówki. Kiedy wyciągnąłem z torby aparat, zatrzymaliśmy się. „Chodź, zrobię Ci zdjęcie”, zaproponował Saeed kończąc sprawdzanie opon w ciężarówce.

- Odpowiedzialność, dodał. – Gdyby coś było nie tak z samochodem, utknęlibyśmy tutaj na jakiś czas. Ale nie bój się. Mam wodę. Mam dużo miejsca w kabinie. Jest gdzie spać. Ze mną nie zginiesz.

Przez chwilę zastanawiałem się co by było gdybym trafił na nieuczciwą osobę. „A może Saeed wcale nie jest tak sympatyczny jakie sprawia wrażenie? W końcu, nikt nie wie gdzie jestem. Teraz, jestem tylko ja i on..... i pustynia. Różne rzeczy mogą się wydarzyć i nikt nie będzie o nich wiedział. Autostop ma to do siebie, że przy braku świadków, można takiego pasażera na gapę nie tylko okraść, ale i, pozbywając się problemu, żywego lub martwego, wyrzucić po środku niczego. Ale nic – w razie czego, jestem gotów. Cokolwiek ma się wydarzyć. Cokolwiek będzie się działo, przeczekam do samego końca. Obojętnie czy będzie to happy ending czy nie.”, myślałem szykując awaryjnego smsa do kilku znajomych z przybliżonym opisem miejsca, w którym byłem.

- Nie da się zadzwonić. Zauważył Saeed. Faktycznie – pokonując kolejne kilometry, ani razu nie widziałem w telefonie choćby jednej kreski zasięgu.

-  Messie?, zapytał mój kierowca kiedy ponownie wsiedliśmy do niebieskiego, rozgrzanego niczym piec, potwora.

- Nie rozumiem

- Messie? Powtórzył pytanie Saeed wykonując znak krzyża.

- Aaaa, Messie. Chrześcijanin – tak, odpowiedziałem.

- Bracia. Ty i ja. Jesteśmy jak bracia.

- Pan również jest Chrześcijaninem?

- Nie – Muzułmanem. Ale jeden Allah, jeden Bóg. Mamy różne obyczaje, ale wierzymy w tego samego Boga. Jesteśmy braćmi.

- A Chrystus? Dla nas był Synem Bożym; dla Was - prorokiem.

- Synem czy prorokiem – wszystko jedno. Bóg jest ten sam. Nawet księgi te same.

- Tora, Biblia....

- I Koran. Najpierw była Tora, później Nowy Testament – biblia. Później, pojawiło się proroctwo Mahometa. Trzecia księga – Koran. Jesteśmy spadkobiercami Żydów i Chrześcijan. Tłumacząc kolejność pism świętych, Saeed, na znajdującej się pod przednią szybą półce, w kolejności ułożył złożoną kartkę papieru, paczkę papierosów i miniaturową wersję Koranu. – Byłeś w Izraelu?

-  Nie ma Izraela. – odpowiedziałem zdaniem, które, zgodnie z informacjami o Iranie, które przeczytałem przed przyjazdem, powinno być przez Irańczyków odebrane  entuzjastycznie.

- Jest. I jest bardzo mocny i bogaty.

- Tam jest Palestyna.

- Nie wiem dlaczego oni się tam zabijają między sobą. To nie ma nic wspólnego z religią. Polityka i pieniądze. Tora, Biblia, Koran – te wszystkie księgi zakazują zabijania. Mógłby być pokój. Mogłaby być zarówno Palestyna i Izrael. Palestyńczycy mogliby żyć z Izraelczykami w zgodzie. Teraz się zabijają. Strzeli jeden, drugi odda. Później błędne koło zamknie się i zacznie się toczyć. Wiecznie; w nieskończoność. A przecież, mogłoby być dobrze, prawda?

- Mogłoby.... ale ma Pan rację – polityka i pieniądze.

[....]

- Woda, woda!

- To nie woda!

- Wygląda jak woda, podoba mi się.

- Plaża?

- I luksusowy kurort. Hotele. Chyba nawet jachty widzę.

- Jest tam restauracja? Głodny jestem. Podłapał moją ironię Saeed.

 

Nudny krajobraz pustyni urozmaicają podążające w sobie tylko znanym kierunku, dzikie wielbłądy, skały o różnych kształtach, oraz pojawiające się i znikające na linii widnokręgu, fatamorgany. Ciekawe zjawisko. Widać wodę. Najpierw jezioro, które stopniowo zlewa się z innymi jeziorami, tworząc morze. Morze, z kolei łączy się z innymi morzami tworząc ocean. Z czasem, kawałek od brzegu pojawiają się małe, oblewane dookoła przez niewysokie fale wysepki. Wzdłuż plaży wyrastają hotele, restauracje – całe wypoczynkowe miasta. Małe jachty ruszają do regat i, mijając wielkie tankowce, wypływają ku nieznanemu. Pomyśleć tylko, że cała ta budowa odbywa się tylko po to by zniknąć i, za chwilę na nowo pojawić się w innym miejscu. Ile energii potrzeba by stworzyć coś tak zachwycającego z niczego? Szczególnie, że wszystkie te zachwycające krajobrazy powstają za sprawą jednej osoby – obserwatora. Przed „znikającymi jeziorkami” nie da się uciec. Można iść w ich stronę, ale biorąc pod uwagę, że nie ma ich na żadnej mapie, ani zdjęciu satelitarnym, istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że po kilku krokach, woda zniknie i pojawi się w innym miejscu. Fatamorgana powstaje w wyniku załamania się odbitych od nagrzanej powierzchni fal świetlnych. Im gorętsze podłoże tym większy efekt. Różne temperatury powietrza w kolejnych jego warstwach, odpowiedzialne są również za tworzące się wirujące w miejscu stożki lekkiego, drobnego piasku, przeradzające się przy większym wietrze w burze piaskowe.

- Te wielbłądy. One mają właściciela?

- Nie mają. To dzikie wielbłądy.

- To dokąd idą?

- Szukają jedzenia.

- Da się je dosiąść?

- Najprawdopodobniej, uciekną przed Tobą. Ale próbuj – może Ci się uda. U nas jest takie powiedzenie, że jak Allah chce byś dosiadł wielbłąda, pozwoli Ci go dosiąść i wielbłąd stanie się Twój. Ale wtedy, jesteś za niego odpowiedzialny bo porzucając go kiedy znudzi Ci się jazda, odrzucasz błogosławieństwo Allaha.

Kiedy dojechaliśmy do małej wioski, której nazwy nie było na mojej mapie, na zawołanie Saeeda, ciężarówkę obległa grupka dzieci. Nikt nic nie powiedział. Bose dzieciaki jedynie przyglądały się czarnymi oczami. Niektóre próbowały zajrzeć do środka. Inne dotknąć. Jeszcze inne, uśmiechając się, gestem przywitania unosiły w górę dłoń – otwartą dłoń. Pustą, bezbronną i niewinną dłoń. Jedyną osobą, która się odezwała był brat Saeeda – niski mężczyzna w średnim wieku z czarnymi włosami i bardzo gęstą i długą brodą. „Witam, nazywam się Hamid”, powiedział układając usta we wzbudzającym moje podejrzenia, wyraźnie wymuszonym, zdobiącym tylko jedną połowę twarzy uśmiechu.

- Możesz tutaj zostawić plecak. Zaproponował Saeed kiedy wyszliśmy z samochodu. Obawiałem się. Nie tylko dlatego, że drzwi pozostały otwarte, ale i dlatego, że Hamid nie dołączył do nas kiedy weszliśmy na ścieżkę biegnącą pośród zlewających się z pustynnym piachem domków z suszonej gliny, których ścianom, chropowatości dodawały widoczne jedynie z bliska kawałki twardej słomy i drobne kamyczki. Mimo to, plecak zostawiłem. Zabrałem ze sobą jedynie torbę z prowiantem, papierosami i wodą. „Komputer, aparat – to tylko rzeczy materialne. Najważniejsze rzeczy mam przy sobie. Zabierając plecak, nigdy nie będę wiedział, do jakiego stopnia uczciwi są ludzie, wśród, których się znalazłem. Jak zginie to trudno – będę miał nauczkę, ale i kolejną lekcję; kolejne doświadczenie z magicznego Iranu.”

Mężczyźni siedzący przed domami, przekładając w palcach koraliki, wyliczający atrybuty Allaha, pozdrawiali nas zarówno podniesieniem dłoni, jak i pełnym uśmiechem. Nikt z nich, jednak, nie wypowiedział żadnego słowa.

Dom. Masywne, drewniane drzwi z dwiema wykutymi ze stali kołatkami – jedną masywną, w kształcie zamkniętej pięści, przypominającej, na pierwszy rzut oka, gotowego do ataku barana; drugą – delikatną, o kształcie obrysu półksiężyca.

- Zapukaj tą po prawej stronie, zasugerował Saeed wskazując na tą masywniejszą.

Po kilku uderzeniach, drzwi uchyliła ubrana w czarny, luźny, zasłaniający czador kobieta.

- As-Salam-Aleykum, powiedziała.

- Maleykum-as-Salam, odparłem dodając – hubi?

- To jest moja żona. Widzisz? Bardzo przykładna, religijna kobieta.

- Widzę. Nosi czador.

- Nie ważne czy nosi na ulicy czy nie. Ważne kiedy zakłada.

- Nie rozumiem.

- Nic Ci te kołatki nie mówiły?

- Mogę się domyślać, ale nie chcę zgadywać.

- Różny kształt, różny dźwięk. Prawa jest dla mężczyzn, lewa dla kobiet. W ten sposób, osoby znajdujące się w środku, wiedzą kto puka do drzwi. W gronie rodzinnym, czadoru moja żona nie nosi. Zbyt gorąco tutaj jest. Może chciałbyś się obmyć. Zapytał Saeed wskazując palcem na łazienkę. – Moja córka, akurat przyniosła wodę ze studni.

Po powrocie spod prysznica, który w istocie był wielką beczką z wodą z pływającym w środku malutkim wiaderkiem, zająłem miejsce na dywanie zdobiącym kamienną podłogę głównej izby domu. Obok Saeeda. W towarzystwie wpatrzonej w teledyski lecące na MTV i pląsającej w rytm muzyki, ubranej w modne jeansy i różową bluzkę z kolorowymi motywami, 7-letniej córki mojego kierowcy. Kobieta w czadorze, którego dawniej się bałem, przyniosła daktyle i kawałki pokrojonego melona i arbuza i znikła w kuchni. Po jakimś czasie pojawiła się znów by postawić przed nami tackę z herbatą i znowu zniknąć. Za trzecim razem, jej udekorowane brązowym, kwiatowym motywem z henny dłonie, ustawiły przed naszymi kolanami talerze z ryżem, pomidorami, smażonymi jajkami i kawałkami pieczonej na ognisku, nasiąkniętej aromatem węgla, baraniny, po czym znów, razem z resztą ciała wróciły do kuchni.

- Będą zmiany, powiedział Saeed, pokazując na córkę, która początkowo nie reagowała na jego nawoływanie do zajęcia miejsca przy posiłku.

- Będą, proszę Pana, oj będą, uśmiechnąłem się.

Podziel się
oceń
2
0


Komentarze do wpisu

Skocz do dodawania komentarzy
  • dodano: 20 czerwca 2017 11:39

    czasem warto zaryzykować i podróżować autostopem ;)

    autor Ayla

    blog: zdzislaw-tarasiewicz.eu

Zapamiętaj Nick

Zapamiętaj Blog

Wstaw emotikona

Akceptuję regulamin i zobowiązuję się do przestrzegania jego postanowień.

Translator

BLOG ROKU

Zapraszam do głosowania
tutaj.

Oni ze mną jadą

Szukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Bądź na bieżąco

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

W drodzę