Bloog Wirtualna Polska
Są 1 267 962 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Przygotowania - Pora na odstresowanie się (autostopem do Rzymu 29.04-04.05)

sobota, 14 maja 2011 11:19

 

Wiosna to fajna pora roku. Wszystko kwitnie, energii tak jakby było więcej i w ogóle wszystko lepiej wygląda. Nawet moja gruntowa ulica przed domem prezentuje się elegancko w wieczornym świetle zachodzącego słońca.

 

Jakoś w kwietniu spotkałem się z Marcinem – dawnym znajomym z Piotrkowa, którego poznałem na pogrzebie papieża Jana Pawła II. Marcin zasugerował żeby wybrać się do Rzymu na beatyfikację. Co prawda miałem już plany – chciałem jechać na Ukrainę do Prypeci ale z drugiej strony, Rzym brzmiał zachęcająco zwłaszcza, że ostatni raz byłem we Włoszech jakieś pięć lat temu.

 

Pomysł wyjazdu ewoluował przez następne tygodnie. Marcin chciał jechać autobusem lub ze znajomym kierowcą tirów a ja chciałem transport niezorganizowany a przy tym jeden z fajniejszych możliwych – autostop. W końcu majówka to otwarcie sezonu autostopowego. Machanie komplikowałby fakt, że byliśmy w trójkę, tj. Marcin, jego brat, Paweł i ja. Musielibyśmy się i tak rozdzielić na układ 2+1 i pewnie to ja zostałbym sam - co mi akurat zbytnio nie przeszkadzało.

 

Stanęło na tym, że mieliśmy jechać o 6 rano PKSem do Bielska-Białej i stamtąd próbować w 3 łapać stopa i w razie niepowodzenia po kilkunastu minutach, rozdzielić się. Żeby wizyta we Włoszech miała ręce i nogi i żebyśmy mogli w pełni zasmakować kultury Italii, załatwiłem dla zakwaterowanie na Couchsurfingu u Giovanniego w Latinie – 60km. od Rzymu.

 

Wszystko wyjaśniło się a zarazem pokomplikowało w dniu mojego odbioru wizy Chińskiej, 28 kwietnia kiedy Marcin zadowolony zadzwonił do mnie z...... Padwy. Okazało się, że w nocy przejechali tam ze znajomym kierowcą tirów. Policja zgarnęła ich z autostrady przy próbie stopowania i wwiozła do miasta (czyżby stali przy samej drodze??). Umówiliśmy się ogólnikowo w Rzymie. Ja miałem jeszcze zajęcia do wieczora więc wyjazd tego dnia odpadał.

 

Po zajęciach kupiłem fajki i trochę chleba i wody na drogę. Wyjazd ustaliłem sobie na 29 kwietnia (piątek) na godzinę 5 lub 6 rano.

 

Dzień pierwszy, 29.04.2011

 

 

 

Obudziłem się około 3 rano, wziąłem prysznic, wypiłem kawę i przygotowałem sobie tabliczkę ROMA. Ojciec obiecał wywieźć mnie na trasę Warszawa – Katowice. Pakując powoli plecak, czekałem do wschodu słońca. W końcu o 6 rano wsiedliśmy w samochód i w ten sposób zaoszczędziłem jakieś 5 kilometrów przez las od mojego domu do trasy.

 

Wiem, że głupio wygląda tabliczka ROMA na początku drogi ale nie mogłem się powstrzymać :-). 

 


Stanąłem przy drodze obok parkingu przy knajpie i za chwilę zawołał mnie 77-letni kierowca Tira. Zawiózł mnie do samych Katowic i pokazał gdzie iść żeby dalej łapać stopa.To było skrzyżowanie tras i ciężko było nieco przejść w tamtym miejscu przez jezdnie – jakieś ślimaki, wiadukty, schodki – do końca nie wiedziałem, którędy iść żeby znaleźć się po właściwej stronie jezdni ale jakoś łamiąc wszelkie przepisy i przechodząc przez barierki i dwupasmówkę, udało się.

 

Postałem przez chwilę i zatrzymał się kolejny Tir. Wywiózł mnie za Bielsko. Stamtąd bardzo miła dziewczyna (Kasia, o ile dobrze pamiętam), zabrała mnie jakieś 10km od Cieszyna – rozmawialiśmy o autostopowaniu. Okazało się, że sama w ten sposób jeździła i pewnego dnia, stojąc w deszczu i nie mogąc nic złapać obiecała sobie, że gdy będzie miała własne auto, będzie się zatrzymywać każdemu. Obietnicy do dziś dotrzymuje. Dalej znów czekałem kilka minut jak podjechał kolejny facet i zawiózł mnie do miejsca, z którego widać było już granicę. Stanąłem na wjeździe na stację benzynową Orlen przy samej drodze.

 

Czas miałem niezły (zdecydowanie lepszy niż miałbym w przypadku planu z PKSem), pogoda bardzo dobra. Humor i motywacja wysoka. Widziałem na stacji dziewczyny z Łotwy – ciekawe gdzie jadą – pomyślałem. Zastanawiałem się czy nie podejść ale odpuściłem (auto klasy premium więc nie widziałem wysokich szans). W końcu podeszła jedna z nich, Dzintra i zapytała się gdzie jadę. Rzym – odpowiedziałem i zapytałem czy jadą do Brna. Okazało się, że tak – jechały (Dzintra i Sanita) z trzema psami na wystawę psów do Chorwacji. Same nie wiedziały, którędy bo miały ustawionego GPSa więc nie martwiły się zbytnio trasą. Jak później go zobaczyłem, doszło do mnie, że załapałem się na najdłuższy przeskok w tej trasie. Przejechaliśmy przez całe Czechy (które tym razem wydały mi się jakieś...... nudne) i prawie pół Austrii. W drodze rozmawialiśmy m.in. o języku niemieckim, który jednoznacznie kojarzył nam się z filmami porno :-). Widzieliśmy nawet znak „Schnell ist laut” – do tej pory nie wiem czy był to znak drogowy czy może reklama austriackiej wytwórni filmów dla dorosłych.

 

Nasze drogi rozchodziły się kawałek za Graz. Pech chciał, że akurat w tamtym miejscu zaczęło padać i nie było żadnego parkingu po drodze. Zjechaliśmy z mojej autostrady (A2) na autostradę A9 w kierunku Mariboru (SLO). Poprosiłem o wysadzenie na parkingu bez stacji, tzw. dzikim żeby nie oddalać się zbytnio od mojej drogi. Nie dobrze – pomyślałem. Autostrada – nie wolno przechodzić jezdni, ja stoję nie na tej drodze i w dodatku w złym kierunku a jakby tego było mało, pada deszcz. Schroniłem się pod daszkiem do toalety i zacząłem szukać foliowego palta. Akurat zatrzymał się facet w średnim wieku więc nieśmiało zapytałem czy nie wywiózł by mnie na najbliższy parking po drugiej stronie drogi. Poszedł do toalety, poczekaliśmy aż deszcz minie i zaproponował transport w lepsze miejsce. Po drodze wychwalił mnie za mój uśmiech i maniery i ogólnie wymieniliśmy uprzejmości. Trochę się zastanawiałem czy orientacyjnie jest w stronę kobiet czy mężczyzn i czy może mi coś zagrażać ale obyło się bez problemów i w przyjaznej atmosferze zawiózł mnie na rogatki Grazu. Miejsce dobre bo już byłem ustawiony we właściwym kierunku. Złe pod tym względem, że z tego miejsca był wyjazd na dwie autostrady w 4 razem kierunkach. Ponad godzinę stałem z tabliczką Klagenfurt. W końcu, EUREKA, zatrzymuje się zielone BMW a w środku Manfred i jego 7-letnia córka – Lena. Bardzo miłe towarzystwo zawozi mnie ok.50 na duży parking przy właściwej autostradzie we właściwą stronę. Podczas tego przeskoku, przyszedł mi do głowy żeby na moich schodzonych już Conversach zbierać podpisy ludzi poznanych po drodze i Manfred i Lena są pierwszymi osobami, które zostawiają mi oryginalną pamiątkę „Wish you all best, Manfred and Lena”. Stąd już wszyscy zatrzymujący się jechali w moim kierunku.

Pomyślałem, że mam dobry czas więc wszedłem na spokojnie do baru, wyjąłem bluzę (Alpy i było dość zimno), włożyłem do środka palto przeciwdeszczowe, wyszedłem na zewnątrz, zagadałem z Polakami jadącymi na beatyfikację (wyładowanymi po brzegi więc bez szans dla mnie). Miałem wrażenie, że mam dużo czasu – było jeszcze jasno a ja planowałem być w tym miejscu jakoś w środku nocy więc rozprostowałem trochę kości, zjadłem kawałek chleba i banana, którego udało mi się dorwać po drodze i stanąłem blisko wyjazdu z parkingu z tabliczką Klagenfurt. Od razu po tym, zatrzymało się ciemne terenowe auto a w środku mężczyzna, nieco starszy ode mnie, który jak się okazało widział mnie już w barze i wtedy pomyślał, że mnie podwiezie. Bardzo dobrze nam się rozmawiało. Świetnie mówił po angielsku i jak się dowiedziałem, kończył filologię rosyjską i angielską a obecnie przymierza się do robienia doktoratu z językoznawstwa – jak przeznaczenie – podobne wykształcenie i podobne zainteresowania. Pracował ciężko podczas studiów więc mimo pochodzenia (Europa Zachodnia) również wie co to znaczy ciężka praca i niedospane noce żeby powiązać koniec z końcem. Zawiózł mnie kawałek za Klagenfurt, jakieś 30km od Villach na kolejny duży parking. Tam, mimo, że było już ciemno postanowiłem sobie zrobić godzinę przerwy od wszystkiego, rozprostować się, najeść, wypalić kilka papierosów jeden za drugim, itd. Z godziny zrobiły się ponad trzy godziny bo jak przyszło mi szukać kolejnego transportu, ruch na parkingu niemal zamarł.

 

W końcu udało mi się wyhaczyć Polaka jadącego do Ancony na prom do Patras, również Nomada ze stylu życia – trochę z konieczności ale również z zamiłowania do podróży i nowości. W nocy przejechaliśmy do Mestre po drodze zatrzymując się jeszcze w Villach po tańsze paliwo i zaraz za granicą włoską żeby uciąć sobie godzinną drzemkę.

 

Dzień drugi, 30.04.2011

 

Parking w Mestre był prawie wolny od ruchu. Środek nocy, ci którzy podjeżdżali byli z okolic i nie jechali bynajmniej w moją stronę. Szwędałem się po nim kilka godzin aż w końcu zdecydowałem rozłożyć śpiwór i karimatę i przespać się do 5 rano. Od 5 do 10 i tak nic nie złapałem mimo, że było już jasno, nadal brak ruchu. W końcu, zauważyłem cofające auto z tabliczką PD na rejestracji. Warto nadmienić, że dawniej na tablicy było wpisane pochodzenie samochodu - obecnie numer rejestracyjny we Włoszech to zbitka akurat wolnej kombinacji liter i cyfr. Chłopaki zawieźli mnie do Padwy i zostawili na wjeździe na autostradę A13 w kierunku albo na Wenecję albo na Bolonię. Tam czekałem chyba ze trzy godziny – zatrzymała się tylko jedna dziewczyna, która jechała nie w tym kierunku co ja. Zacząłem już powoli tracić nadzieję, że zdążę do Rzymu na beatyfikację. Dodatkowo Karabinierzy wyrzucili mnie z tamtego miejsca. Nie wolno łapać stopa ani na autostradzie a stanie przy bramkach wjazdowych również jest pewnym nagięciem przepisów. Wszedłem dalej w miasto i stanąłem na przystanku autobusowym i wystawiłem tabliczkę Bologna. Nie minęło dużo czasu a zatrzymał się facet jadący do samej Bologni. Tam, na parkingu poznałem dwie dziewczyny jadące pierwszy raz stopem. Pogadaliśmy sobie, życzyliśmy bezpiecznej podróży i rozdzieliliśmy się. One chodziły między samochodami, ja stałem na wyjeździe z parkingu z tabliczką. Po kilkunastu minutach czekania,  wzięła mnie rodzina jadąca do Lucci – Desiderio, Clara i Bianca. Sami zaproponowali podwózkę w momencie gdy zwinąłem tabliczkę i szedłem do sklepu po butelkę wody, zatrzymali się i powiedzieli, że mogą mnie zabrać do Florencji gdzie rozjeżdżały nam się autostrady. Byli do tego stopnia fair, że przejechawszy kawałek zjazd na mój parking przed ślimakiem, Desiderio cofał kawałek na autostradzie.

 

We Florencji zapytałem się Rumuńskiej grupy czy mogliby mnie zabrać – kazali poczekać na kierowcę. Po kilkunastu minutach, idzie facet z kluczami w stronę rumuńskiego busa więc zagaduję go po angielsku. Jak się okazuje, Włoch z Neapolu, ale jedzie do Rzymu. Jak już przeszliśmy na wspólny język wytłumaczyłem dlaczego nie zagadałem od razu po włosku. Uśmialiśmy się obydwaj. Z początku nie chciał mnie wziąć – brak ubezpieczenia, itp. Pokazałem mu kartę ITIC (nauczycielską) i powiedziałem, że to moja polisa. Spytał czego uczę – angielskiego, mówię, moja córka kończy w przyszłym roku hiszpański i też możliwe, że będzie uczyć – odpowiada, wskakuj!.

 

Godzina 16.00. Do Rzymu jakieś 300km a w połowie drogi, Ciro, bo tak miał na imię mój kierowca zaproponował nocleg u siebie w domu. Nie chciałem z początku przyjąć bo czułem się odpowiedzialny za zorganizowanie dachu nad głową Marcinowi i Pawłowi ale jak się okazało po kilkudziesięciu minutach oczekiwania na sms co z nimi, napisali, że zostają na Placu Św. Piotra na czuwaniu. Przyjąłem więc ofertę Ciro. Wziąłem ciepły prysznic, dostałem pyszną kolację i do wczesnych godzin  rannych rozmawiałem z Karen i Nadią – jego córkami, studentkami psychologii i języków odpowiednio. Nadia napisała książkę „Auschwitz – promessa d’amore” i jest w trakcie pisania drugiej. Dodatkowo, kręci i montuje krótkometrażówki i pisze wiersze. Udany wieczór w superinteligentnym towarzystwie.

 

Dzień trzeci – 01.05.2011 – Beatyfikacja

 

 

 

Rano z Ciro wypiliśmy kawę, zjedliśmy śniadanie. Ciro chciał mi na drogę dać wielkie czekoladowe jajo wielkanocne ale gimnastykując się nieco, odmówiłem ze względu na duże zagęszczenie ludzi w centrum Rzymu (chociaż uwielbiam czekoladę jakoś nie mogłem sobie wyobrazić siebie w ścisku ludzi z tym jajem). W końcu odłamał kawałek czekolady, zawinął w papier i dał mi go na prowiant. Pożegnałem się z dziewczynami i nieco po 9.00, mój gospodarz zawiózł mnie na stację metra Rebibbia. Bilet na metro w Rzymie, jednorazowy, 75 minutowy kosztuje 1 euro co wychodzi taniej niż metro w Warszawie.

 

Po przesiadce z linii niebieskiej na czerwoną (metro w Rzymie nie jest zbyt skomplikowane), wysiadłem na stacji Ottaviano „San Pietro”. Tam już była kolejka do wyjącia na powierzchnię. Na szczęście, dzięki służbom porządkowym i wolontariuszom, ruch pieszy odbywał się sprawnie w promieniu kilku kilometrów od Watykanu ruch samochodowy był wstrzymany. Nie udało mi się wejść na plac Św. Piotra – ale nie ciągnęło mnie tam. Próbowałem się przepchnąć przez korek pieszy pod telebim nieopodal południowej ściany Watykanu.

 

Zaraz po wyjściu ze stacji metra.

 

W pewnym momencie zrezygnowałem. Wycofałem się i swoje kroki pokierowałem na Piazza del Popolo gdzie sześć lat wstecz oglądałem na telebimach pogrzeb. Nie chodziło mi żeby być jak najbliżej. Bardziej chodziło mi o poczucie atmosfery wspólnoty i tej energii, którą wydzielają ludzie stojący obok, zjednoczeni w jednej idei pokoju, pozbawieni na tę parę chwil wszelkiej zawiści, materializmu, uprzedzeń i zawiści. Po drodze na Piazza del popolo, spotkałem dwóch księży z Libanu (fajnie wyglądał proporczyk z wizerunkiem papieża i napisem po arabsku pod spodem). Jeden z nich doskonale mówił po włosku i uprzedził, że jak idę na p.zza del Popolo, nie ma tam telebimu.

 

Proporczyk na szyi księdza z Libanu.

 

Wróciłem pod południową ścianę Stolicy Piotrowej, przepchnąłem się pod telebim – niosąc wózek pana, który był z żoną i dziećmi, którego spotkałem po drodze, i który nie mógł sobie poradzić przejść sprawnie między tłumem pchając rozłożony wózek.

Beatyfikację oglądałem na telebimie i słuchałem z radia polskiej grupki, chyba z pielgrzymki bo byli razem z księdzem. Zatrzymałem się przy nich, nachyliłem ucho do telefonu komórkowego z włączonym radiem i bez słów, nieformalnie, zostałem przyjęty do grupy. Podczas mszy zastanawiałem się nad przeznaczeniem, w które tak mocno wierzy moja koleżanka, Patrycja, i pisarz, którego lubię czytać gdy nie mam energii na cięższe lektury – Paulo Coelho. Ja z natury jestem sceptykiem ale przez poprzednie dwa dni wszystko ułożyło się jak klocki na zasadzie gdybym nie popełnił błędu tutaj to nie stałoby się to, itd. Jedna rzecz wynikała z drugiej. Myślałem też o ludziach poznanych po drodze – każdy dał mi coś więcej niż tylko transport, każdy przekazał mi w pewnym sensie cząstkę siebie; każdy zaistniał w mojej historii a ja zaistniałem w jego. Zastanawiałem się też co przeszkadza pewnemu dużemu państwu i niektórym grupom pokój na świecie i czy nie łatwiej byłoby wyciągnąć do drugiego człowieka rękę zamiast bagnet i zbudować coś razem zamiast niszczyć? Myślałem o beatyfikowanym papieżu. Cokolwiek złego napisano, jakiekolwiek wątpliwości pojawiły się odnośnie beatyfikacji to jemu samemu nie można było nic zarzucić. Choć nie zawsze mogłem się zgodzić z jego naukami, podziwiałem go za doświadczenie życiowe, za to co przeżył podczas wojny i po niej, za upór, determinację w dążeniu do celu, za charyzmę i przede wszystkim za faktyczną walkę; walkę o pokój. Podobały mi się próby nawiązania dialogu pomiędzy religiami, mimo rzucających się w oczy podziałów. Papież często porzucał związaną z jego urzędem pompę i patrzył na przedstawicieli innych wyznań przede wszystkim jak na ludzi bez żadnych prób „nawrócenia” ich na wiarę Chrześcijańską. W końcu drzwi do Watykanu były otwarte i wchodziło się tam z chęci a nie z musu.

 

Po nabożeństwie nadal dawało się odczuć pozytywną energię ludzi, którzy przyjechali na beatyfikację. Właściwie, cała beatyfikacja rozpoczęła się mszą i do końca dnia, na ulicach Rzymu trwał jeden wielki festyn ze śpiewami pielgrzymów, okrzykami radości i mini koncertami.

Do wieczora plątałem się po centrum Wiecznego Miasta, przypomniałem sobie jak wygląda Piazza del Popolo, Schody Hiszpańskie (moje ulubione miejsce), Panteon, Koloseum, Piazza di Venezia, Fontanna di Trevi, itp. Ominąłem jedynie Watykan. Miałem się spotkać z Marcinem i Pawłem jednak w pewnym momencie ich telefon przestał odpowiadać. Podczas chodzenia po Rzymie, myślałem trochę o autostopowiczkach napotkanych w Bologni - czy udało im się szczęśliwie i bezpiecznie dojechać, czy wszystko z nimi w porządku i nagle...... na piazza di Spagna, w całym tym zgiełku słyszę "Cześć". Patrzę a one siedzą i odpoczywają w cieniu. Zmęczone ale w dobrych nastrojach. Dziwny przypadek spotkać kogoś w takim tłumie osób, z którym zupełnie nie ma się kontaktu i o którym się akurat myślało. Ale zaraz - zanim się rozstaliśmy na tamtym przystanku oprócz życzeń bezpiecznej drogi, rzuciłem "do zobaczenia w Rzymie" a one odpowiedziały tym samym - no więc słowa wszyscy, jakby nie było,  dotrzymaliśmy.

 

Naprzeciw Schodów Hiszpańskich razem z autostopowiczkami poznanymi na parkingu w Bologni.


 

Zjadłem prawdziwą włoską pizzę z prosciutto crudo i udałem się pieszo w okolice stacji kolejowej Roma Termini. Spotkałem m.in. panią z Hiszpanii, która pochwaliła mój hiszpański (z grzeczności oczywiście bo były to pojedyncze słowa i proste zdania po hiszpańsku przeplatane włoskim i dodatkowo z włoskim akcentem – jakoś nie miałem nigdy czasu żeby zabrać się na poważnie za naukę hiszpańskiego).

 

Na gigantycznej stacji Roma Termini, zamiast patrzeć się w rozkłady, poszedłem do automatów biletowych, wpisałem Latina i zobaczyłem, że wszystkie bilety na pociągi regionalne za 3 euro maą status „non vendibile” czyli „nie sprzedaje się”. Zostały same bilety na IC i Euro Star. Ustawiłem się więc w długaśnej kolejce do kas, z nudów zapytałem dziewczynę stojącą przede mną skąd ten komunikat w automatach. Okazało się, że stała w tej samej sprawie. Zaproponowała przepchanie się obok niej – w ten sposób zaoszczędziłem chyba z pół kolejki. W kasie biletowej dziwnym sposobem nic nie wiedzieli i normalnie udało się kupić bilet do Latiny za 3 euro.

 

Po godzinie jazdy pociągiem, ze stacji odebrał mnie Giovanni, mój gospodarz z Couchsurfingu i jak się później okazało, pokrewna dusza z podobnymi zainteresowaniami i poglądami. Musiałem się nieźle nagimnastykować żeby wytłumaczyć dlaczego jestem sam i co się stało z Marcinem i Pawłem – zwłaszcza, że sam nie wiedziałem bo telefon Marcina ucichł wczesnym popołudniem. Pojechaliśmy do domu Giovanniego i pierwsze co rzuciło mi się w oczy to ogromna masa książek. Tak, znów trafiłem na bardzo inteligentną i oczytaną osobę. Od początku drogi miałem szczęście do wyśmienitego towarzystwa a dwa dni u Giovanniego zapowiadały się jak wytrawne wino do wystawnej kolacji. Wieczór spędziliśmy na zapoznaniu się, spacerze po Latinie, miasteczku nowym, wybudowanym na mokradłach od podstaw przez Mussoliniego, który w zamian za granty finansowe, ściągnął tam rolników, głównie z północy, dał im ziemie i domy w zamian za osiedlenie się na tych terenach.

 

Dzień czwarty 02.05.2011 – spokojne zwiedzanie Rzymu.

 

Rano, po śniadaniu, poszliśmy z Giovannim na stację kolejową żeby wrócić do Rzymu i spokojnie sobie połazić w miejscach oddalonych nieco od turystycznego zgiełku. Kupiliśmy bilety całodniowe BIRG za 9 euro upoważniające do przejazdów wszystkimi środkami transportu lokalnego w Rzymie i w promieniu 75km od Rzymu (łącznie z pociągami regionalnymi).

Wysiedliśmy na Termini i przeszliśmy mijając Koloseum, w okolice Circo Massimo a później na nabrzeże Tybru. Swoją drogą, ciekawe dlaczego zawsze woda w tej rzece jest intensywnie zielona. Przespacerowaliśmy się wzdłuż brzegu mijając Isola Tibertina, skąd pokierowaliśmy się do dzielnicy żydowskiej (niegdyś Getta). Giovanni, fascynat technologii, pokazał mi fajną aplikację na IPada – program edukacyjny na temat Rzymu, który zamienia tablet w swego rodzaju okno, które nakierowuje się na dany obiekt i można zobaczyć jak wyglądał w różnych okresach czasowych. Z Getta przeszliśmy do malowniczej dzielnicy Trastevere z centralnym placykiem obok bazyliki Santa Maria in Trastevere – jednej z najstarszych kościołów w Rzymie, przebudowanej kilka razy i obecnie sprawiającej wrażenie mieszanki stylów i czasów – swoistego pomnika historii. Najwięcej czasu spędziliśmy jednak w parku Pincio gdzie ja odpoczywałem od zgiełku dnia wczorajszego a Giovanni odpływał myślami od pracy. Pincio jest swoistym azylem od głośnego i zawsze zakorkowanego centrum Wiecznego Miasta. Dobrze jest się tam wybrać na parę godzin jeśli dłużej przebywamy w Rzymie żeby zamiast sygnałów karetek i wszechogarniających klaksonów, wsłuchać się w śpiew ptaków i szum wody z fontanny. Giovanni udzielił mi wiele cennych informacji o stolicy włoch i jej okolicach. Dowiedziałem się między innymi, że nie jest to najlepsza strefa dla inwestorów budowlanych bo bardzo często, ilekroć zaczną pracę, okazuje się, że dokopali się do cennych pamiątek z przeszłości i budowa zostaje albo zatrzymana albo zupełnie odwołana na rzecz prac archeologicznych.

 

Z Giovannim, moim gospodarzem z Couchsurfingu przy wejściu do Parku Pincio.

 

Najlepsza w tym mieście jest jego różnorodność. Stolica Europy (bo tak można śmiało je nazwać) ma w sobie elementy prehistorii, antyku, średniowiecza, renesansu, baroku, czasów przedwojennych, wojennych i nowożytności a wszystko to poukładane tematycznie jak w katalogu bibliotecznym w poszczególnych dzielnicach.

Wyjeżdżając z Rzymu przeszliśmy przez Via Veneto – enklawę bohemy artystycznej, gdzie kawa w knajpie kosztuje 15 euro i gdzie zlokalizowane są hotele z taką ilością gwiazdek, że próbując je zliczyć, traciłem po chwili rachubę. Tam, zaskoczył mnie niecodzienny widok. Elegancko ubrany mężczyzna stał na środku chodnika w taki sposób, że by go minąć trzeba było powiedzieć przepraszam i otrzeć się lekko o niego, patrzył się w martwy punkt gdzieś w powietrzu z ręką wyciągniętą niczym szlachcic i z papierosa w dłoni puszczał dymek........ konopny co wyczułem nie tylko ja ale i Gianni. Widok niecodzienny zwłaszcza, że w Italii, przez popalanie trawki można mieć spore problemy. Wspomniany gentleman nie krył się z nią zbytnio a wręcz afiszował się, a kilka metrów dalej stali sobie karabinierzy.

 

Dzień zakończyliśmy wizytą w Parku Narodowym Circeo i nad brzegiem morza, które, będąc tak blisko, - po prostu musiałem zobaczyć. Wyczerpani po zajściu do domu, zjedliśmy Spaghetti alla Matriciana i obejrzeliśmy film z zeszłorocznej wyprawy Giovanniego do Indii. Rozmawiając, okazało się, że chciałby pokonać tą samą trasę co ja i przejechać w góry Karakorum żeby tam przekroczyć granicę z Chinami.

 

Z Giannim nad brzegiem morza.

 

Dzień piąty 03.05.2011 – Komu w drogę temu czas

 

Od rana prześladował mnie pech i brak motywacji do jazdy. Mój duchowy brat, Gianni, zawiózł mnie na wylotówkę z Latiny w stronę Frosinone (czyli nieco dalej na południe od Rzymu). Powód? Nie chciałem jechać przez obwodnicę rzymu G.R.A. – wielką arterię z niezliczoną ilością rozjazdów (swoją drogą o ciekawej nazwie Grande Raccordo Anulare – czyli wielka obwodnica, za której budowę odpowiedzialny był ówczesny dyrektor agencji ds . dróg krajowych, Eugenio Gra). Wolałem ustawić się przy autostradzie Roma-Napoli, która jadąc na północ, omija G.R.A.

 

Obwodnica Rzymu G.R.A. Prawda, że wygląda jak naczynia krwionośne otaczające serce? Obok autostrada A1, która omija G.R.A.

 

Po godzinie czekania przy skrzyżowaniu z Via Appia, najstarszą drogą rzymską, udało mi się załapać na transport do Frosinone, gdzie ustawiłem się na wjeździe na autostradę tuż obok znaku „No Autostop”. Głupota, że przy tym znaku, ale miejsce było dobre ze względu na mini-parking tuż obok. W trakcie czekania podjechali Carabinieri. Tym razem, postanowiłem nie wymądrzać się z włoskim.

 

-         Che stai facendo? Non si puo fare l’autostop di qua

-         Hello, I don’t understand

chwila namysłu przez oficera

-         Where Arr you go?

-         Firenze – are you going that way, sir?

-         Ah, Firenze, bella citta’ allora buon viaggio, ciao!

 

I odjechali – muszę tak kiedyś w Polsce spróbować udać, że nie rozumiem panów policjantów o czym oni do mnie rozmawiają.

 

Znak NO AUTOSTOP przy wjeździe na autostradę A1 w kierunku Roma-Napoli.

 

Nie miałem motywacji do powrotu. Coś ciągnęło mnie na południe a musiałem wracać na północ – w czwartek rano miałem już siedzieć na maturze z matematyki. Niby było zastępstwo w razie gdybym nie zdążył dojechać ale wolałem jednak tam być. Po trzech godzinach czytania książki z wystawioną tabliczką opartą o plecak we Frosinone zatrzymał się facet i zaproponował podwózkę na parking na wysokości Rzymu. Ciekawostką było to, że czekałem zaraz obok zjazdu na parking a on zatrzymał się tamując nieco ruch za nim – cóż, włoski styl jazdy – to tam nauczyłem się, prowadząc samochód, wykorzystywać całą szerokość jezdni, a na jednopasmowych rondach, zachowywać się tak jakby były co najmniej dwa pasy. Tam też dowiedziałem się, że w aucie jest taki element wyposażenia jak klakson i odkąd zwróciłem kiedyś na niego uwagę, dumnie przemyałem przez polskie ulice potrąbując sobie co trochę.

 

Dalej już poszło w miarę łatwo – spotkałem Maćka, kierowcę Tira, który po pauzie 45-minutowej mógł jeszcze jechać 4,5 godziny. Pokazałem mu gdzie jest prysznic, poczęstowałe mnie obiadem i pojechaliśmy kawałek przed Florencję. Ściemniało się już ale połaziłem sobie między tirami i zawołał mnie kierowca włoskiej ciężarówki, który akurat kończył tankować paliwo. Mieszkał w Mediolanie i tam jechał co dało się słyszeć po charakterystycznym, mocno zaciągającym akcencie ale z urodzenia był Albańczykiem – czego już moje ucho nie wychwyciło. Zawiózł mnie kawałek przed Bolonię gdzie rozchodzą się drogi na Wenecję i Mediolan. Było już ciemno, spędziłem na parkingu dwie godziny nie mogąc nic złapać, ruch zamierał. Moi priorytetem było dostać się za ślimak tak żeby znaleźć się na parkingu, z którego wszyscy będą jechać w tę samą stronę. W końcu wpadłem na pomysł żeby zamiast po włosku, mówić po angielsku – zadziałało. Pierwszy kierowca, Mino, którego w ten sposób zagadałem wywiózł mnie wraz z żoną aż na wysokość Ferrary – mimo iż miał zjeżdżać 20km wcześniej. Dał mi nawet 50 euro na coś ciepłego do zjedzenia. Z początku nie chciałem przyjąć – pokazałem mu pieniądze, które miałem i kartę ale uparł się, w dodatku był tak miły, że pomyślałem, że zrobię mu przykrość jeśli nie wezmę ale zapowiedziałem, że po powrocie przekażę na organizację charytatywną. Słowa zresztą dotrzymałem.

 

Na parkingu w Ferrarze również ruch już umarł. Jedyne co zwróciło moją uwagę to camper na polskich numerach i to z Piotrkowa Trybunalskiego – 30 kilometrów od mojego miasta, zaparkowany na samym środku placu wyglądał nieco jak fatamorgana na pustyni. Zapukałem, państwo powiedzieli, że mnie rano zabiorą ale jakoś nie chciało mi się jeszcze spać i miałem ochotę na bardziej międzynarodowe towarzystwo. Problem w tym, że dochodziła już godzina 0.00 a ja nadal byłem we Włoszech.

 

Dzień szósty 04.05.2011 – epilog.

 

Tuż po północy, na wyludnionym wręcz parkingu zatrzymał się Mercedes, wysiadł pan ok. 50-kilku lat i skierował swoje kroki do sklepu. W środku siedziała młodziutka blondynka z Rumunii. Zagadałem z nią czy nie jadą na północ w stronę Wenecji. Strzał w 10 – zawieźli mnie na wysokość Rovigo. Pan nie był z początku zachwycony pomysłem wzięcia pasażera na gapę ale później przełamaliśmy lody. Rozmawialiśmy o muzyce włoskiej, rumuńskiej i polskiej. Każdy miał coś do powiedzenia, każdemu coś się tam o uszy obiło.

 

Koło Rovigo spędziłem już prawie całą noc. Jak tylko zacząłem szukać kierowcy przyszło urwanie chmury i burza, która zablokowała mnie na prawie całą noc. Kałuże na równej nawierzchni w mgnieniu oka zrobiły się takie, że po kostki miałem wodę. Nawet światło wysiadło na chwilę. Pomyślałem – ale super – wreszcie coś się dzieje :). Wróciłem do baru, kupiłem kolację i kawę i czekając aż deszcz ustanie, poczytałem książkę. Nie ustał przez kilka godzin. Postanowiłem poruszać się więc przeszedłem pod prysznic (darmowy – ogromna zaleta parkingów autostradowych z Autogrillem). Do butów włożyłem ręczniki papierowe żeby wsiąknęły wilgoć. Później dopiero zaskoczyłem, że mam w plecaku suszarkę do włosów i ją wykorzystałem do wysuszenia butów.

 

Suszarka do włosów służy nie tylko do suszenia włosów.

 

 

W trakcie jak odprawiałem ten dziwnie wyglądający rytuał z pod prysznica wyszedł jeden mężczyzna, na oko niewiele starszy ode mnie, i coś zagadał. Odpowiedziałem mu po włosku, spojrzał się i powiedział, że nie rozumie i że jest z Polski. To ja już po Polsku zapytałem o której wyjeżdża i dokąd jedzie. Za 15 minut i do...... Słowenii. Dziękuję i bezpiecznej drogi, odpowiedziałem. Nagle żaróweczka zapaliła mi się nad głową. Skoro jedzie do Słowenii to musi jechać przez Triest. Skoro przez Triest to na pewno za Wenecją zjeżdża dopiero z mojej autostrady. Założyłem po prędce na wpół wysuszone buty i jak z procy wystrzeliłem do niego – tak jak myślałem, jechał przez Triest. Jeszcze tylko powrót po plecak zostawiony w barze i zabrał mnie ze sobą. W kabinie zamieniliśmy parę zdań i oczy mi się same zamknęły. Przespałem chyba z 1.5 godziny i już zaczęło świtać. Ok. 7 rano byłem już w Portogruaro gdzie chciałem zjeść śniadanie i wypić ostatnie przed Austrią espresso za rozsądną cenę ale..... niebieski bus; numery zaczynają się od WI – szansa na dłuższy przeskok i może zdążę na czwartkowe matury, pomyślałem – podszedłem. Tak, mamy wolne miejsce – grupa wracająca ze Słowenii z wymiany międzynarodowej pod przewodnictwem Karola – wszyscy w bluzach „firmowych” Uniwersytetu Warszawskiego. W drodze powrotnej chcięli zahaczyć o Wenecję i tak znaleźli się w Portogruaro na nocleg w aucie żeby nie jechać na resztkach sił po zwiedzaniu. Postawiłem Karolowi śniadanie i już byliśmy w drodze.

 

The Mystery Machine czy rządowy bus? Nie, to ekipa studentów z UW pod wodzą Karola.

 

Zabrali mnie do samego Tomaszowa i wwieźli nawet do centrum miasta. Znowu trafiło się inteligentne, zgrane i otwarte towarzystwo a przy okazji dowiedziałem się wielu interesujących rzeczy o Słowenii. Jadąc z powrotem przychodziły mi do głowy dziwne rzeczy związane z kolorem busa i przyciemnianymi szybami. Raz czułem się jak w „the Mystery Machine” ze Scooby Doo a raz jak w rządowym aucie. W każdym razie było super pozytywnie – nie tylko dlatego, że udało mi się załapać na dłuższy przeskok ale i dlatego, że czas podróży powrotnej minął w dobrej atmosferze z właściwymi ludźmi. Nadal chylę czoła przed Karolem, który pomimo zaledwie 23 lat na karku potrafił sam przejechać bez problemu, bez narzekania taki długi dystans (razem z rozjazdami po Słowenii, jak pokazał licznik zrobili blisko 4000km) i bezpiecznie odwiózł wszystkich do domu. W domu byłem ok. godz. 22. Pomimo kilku zarwanych nocy nie czułem zmęczenia i nie chciało mi się jeszcze spać – przeciwnie – czułem niedosyt. Ale jak mi to jedna koleżanka kiedyś powiedziała – lepiej czuć niedosyt niż nasycenie, pomyślałem jak już leżałem w ciepłym łóżeczku i zadziałało.

 

W domu byłem ok. godz. 22.00. Na matury następnego dnia zdążyłem bez problemu.

 

Podsumowanie:

 

Czas: 6 dni

Łączny dystans: około 3.800km.

Czas na przejazd w każdą stronę: ok. 36h

Liczba złapanych aut: 22

Najdłuższy przestój: 5h

Najkrótszy przestój: kilka sekund

Najdłuższy dystans z jednym kierowca: 1103 km

Najkrótszy dystans z jednym kierowca: ok. 10km

Finansowo: suma wydatków 30 euro łącznie z duperelkami, które tak na prawdę kupowałem żeby nie przywieźć znów drobnych.

 

Komentarz:

 

Autostop we Włoszech, może i ma się w miarę dobrze ale już nie tak dobrze jak kiedyś. Nie jest to niemożliwe ale na pewno Italia nie jest dobrym krajem do stopowania. Z jednej strony jest świetnie rozbudowana sieć autostrad i można szybko skakać z jednej miejscowości do drugiej, z drugiej jednak czekając aż ktoś nas zabierze trzeba uzbroić się w cierpliwość. Warto pamiętać jednak żeby się nie poddawać bo kto szuka ten znajduje. Dawniej, w latach pięćdziesiątych autostopowicz na ulicach Włoch był powszechnym zjawiskiem – obecnie patrzą się na nas trochę jak na kosmitów i dziwią dlaczego nie mamy własnego samochodu albo nie jedziemy pociągiem. Włochy od dawna nie są już biednym państwem – obecnie wiele nastolatków ma swoje własne auta i to nie byle jakie. Może trochę przygniotła ich sytuacja po wejściu euro i było przez chwilę gorzej niż w Polsce. Jednak jak zaobserwowałem teraz, sprawy mają się coraz lepiej. Jedno jest pewne – nie stracili ani trochę ze swoich charakterystycznych cech narodowych – otwartości, gadatliwości, gościnności czy szczerości– czyli tego co zawsze w nich lubiłem. Na całej trasie, jak i podczas beatyfikacji, poznałem wspaniałych ludzi, z którymi mam zamiar utrzymać nadal kontakt (dzięki chociażby wynalazkom takim jak facebook). Dalej podtrzymuję opinię, że taka forma podróżowania, mimo pewnych niedogodności, które mi akurat nie przeszkadzają nie jest jedynie sposobem zaoszczędzenia pieniędzy ale przynosi korzyści jak bliższe poznanie kultury, zwyczajów i języka kraju, do którego jedziemy, a w przypadku kierowców z zagranicy można nie tylko dowiedzieć się ciekawych rzeczy na temat ich krajów ale także otworzyć umysł na całkowicie nowe kwestie, których w życiu codziennym nie dostrzegamy.

 

Pokój z Wami i przepraszam za długi i nudny tekst ale inaczej nie mogłem.

 

Tutaj materiał filmowy:

 

Trailer:

 

 

 

Pełny film (15min):

 

 

A oto dlaczego najbardziej w Europie lubię Włochy:

Prawda, że w wielu kwestiach, my, Polacy zachowujemy się podobnie?

 

 

 

 

Skocz do: MAPA STRONY



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Translator

BLOG ROKU

Zapraszam do głosowania
tutaj.

Oni ze mną jadą

Szukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Bądź na bieżąco

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

W drodzę