Bloog Wirtualna Polska
Są 1 267 962 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


CZĘŚĆ SZÓSTA: ZNAK ZAPYTANIA

wtorek, 27 czerwca 2017 20:52

AMIR – PRACOWNIK IRAŃSKIEGO CZERWONEGO PÓŁKSIĘŻYCA.

Podczas mojej wędrówki przez Kavir, postanowiłem nie przyjmować zaproszeń na nocleg do żadnych prywatnych domów. Zmęczony brakiem czasu dla siebie, późnymi porami chodzenia do łóżka i niewielką ilością snu, noce na Kavirze, chciałem zostawić sobie tylko dla siebie. Dzięki zaaranżowanym na szybko, na własne potrzeby zasadom bezpieczeństwa, noce te obfitowały w najdłuższy sen jakiego dane było mi w życiu doświadczyć. Miejsca na nocleg zaczynałem szukać tuż przed zachodem słońca. Oczywiście miało być z dala od ludzi i, w miarę, bezpiecznie. Dlatego, zazwyczaj, w ostatniej wiosce, do której trafiłem przed zmierzchem, robiłemm zapasy wody i prowiantu i ruszałem na spacer w stronę nicości. Szedłem tak przez godzinę, maksymalnie dwie, starając się nie robić zakosów tylko trzymać jeden kierunek. Zanim pole widzenia zamieniało się w, pomalowane wszystkimi odcieniami czerni, pole niewidzenia, namiot stał już rozbity i gotowy do tymczasowego zasiedlenia. Zazwyczaj, wejście do namiotu ustawiałem w stronę przeciwną do drogi. Nie ufając swojej własnej pamięci, rano, zanim zabierałem się za zwinięcie namiotu, rysowałem strzałkę pokazującą kierunek. Gubiąc się, wykorzystywałem zegarek i słońce. Tego dnia, jednak popełniłem błąd.

Do miasta, które okazało się być kolejną wioską, której nie było na mojej mapie, zajechałem w chwili gdy po jej ulicach, rozchodził się już głos Muezina nawołującego wiernych i niewiernych do modlitwy z oplatających strzeliste minarety głównego meczetu, głośników. Po napełnieniu butelki wodą z samowara, pokierowałem się w stronę wzniesień, za którymi byłem pewien, że nie zwrócę na siebie niczyjej uwagi. Miałem nadzieję, że górujące nade mną wzniesienia, wspomogą padający na namiot cień nocy. Przeliczyłem się. Zamknąłem oczy. Przespałem może ze dwie godziny. „Cholera. Słyszałem je wcześniej, ale z oddali. Nie przyszło mi do głowy, że ktoś mógłby je wypuścić”. Wokół mojego namiotu usłyszałem gwałtowne pociągnięcia nosem w szybkim tempie, warczenie i wycie. Psy. Nie jeden. Nie mam pojęcia ile ich było. Cienie wydawały się być duże. Leżałem przez chwilę bez ruchu, zastanawiając się co robić, podczas gdy psy zaczęły szarpać ściany mojego namiotu. Przesunąłem się na środek. Wygrzebałem telefon i wykręciłem policyjny numer alarmowy. Po usłyszeniu odpowiedzi, nie zdążyłem się nawet odezwać jak w słuchawce zrobiło się zupełnie głucho. Poleżałem jeszcze przez chwilę. W końcu, strach został zwyciężony przez zdrowy rozsądek. „Mogę sobie pozwolić by mnie tak szturchały, albo coś z tym zrobić. I tak, wcześniej czy później coś mi zrobią. To tylko kwestia czasu, więc po co odwlekać?”. Podniosłem się gwałtownie. Słyszałem jak psy odskoczyły. Kiedy wyszedłem z namiotu, nie widziałem już ani jednego podkulonego ogona. (Oryginalny plan zakładał wywabienie psów kawałek od namiotu, powrót, zebranie rzeczy i udanie się w bezpieczniejsze miejsce). Mimo sukcesu, nie chciałem już nocować w tym samym miejscu. Rozbiłem się zbyt blisko wioski. Nie wiedziałem, że komuś przyjdzie na myśl spuścić psy. Zwłaszcza, że wcześniej słyszałem ich wycie z daleka. Zwinąłem namiot i spokojnym krokiem, udałem się w stronę wioski. Jedynym oświetlonym miejscem był terminal autobusowy. Wszedłem do środka i spojrzałem na mapę. Mimo nocy, postanowiłem udać się na drogę i próbować złapać jakieś auto jadące w stronę Nain. Po kilkunastu minutach oczekiwania, podszedł do mnie dwudziestoletni chłopak o ciemnej karnacji i szpiczastym podbródku.

- Cześć. Jestem Amir. Mogę Ci w czymś pomóc?

- Właściwie, to próbuję jechać do Nain.

- Może chcesz napić się herbaty. Zapraszam do środka. Na mój rachunek.

- Przepraszam, ale muszę najpierw do toalety.

- Możesz zostawić plecak przy stoliku. Ja popilnuję.

[...]

- Teraz nie będzie żadnego autobusu. Powiedział Amir widząc mnie po powrocie z toalety, szczęśliwego, że mój plecak był nadal w miejscu, w którym go zostawiłem.  

- Ale ja autostopem jadę.

- Aha. Ale teraz jest noc. Mały ruch tutaj jest. Wątpię czy uda Ci się coś złapać. Masz gdzie spać?

- Miałem. Rozbiłem namiot tam, przy tamtych skałach, ale psy mnie obległy.

- Tam nie wolno spać. Tam zaczyna się pustynia. Nie jest to zbyt bezpieczne miejsce

- Wiem, że tam jest pustynia. Ale do tej pory, nie miałem problemu. Po prostu, nie przyszło mi na myśl, że ktoś może psy spuścić.

- To niekoniecznie musiały być psy. W tych okolicach mamy wilki.

- Wobec tego wilki. Nie przyszło mi na myśl, że ktoś może wilki spuścić.

- Może zatrzymasz się u mnie na noc. Pracuję w Czerwonym Półksiężycu.

- Bardzo chętnie Po tych psach.

Amir wyciągnął telefon i wykręcił numer. Po chwili pojawił się masywny, biały Hilux. W środku siedział modniś – farbowane henną włosy, jeansy, pasek z motywem wielkiego orła na klamrze. Tylko zarzucona na koszulkę z napisem „Born to be Wild” kamizelka z logo Czerwonego Półksiężyca pozwoliła uwierzyć, że faktycznie w tej organizacji pracował. Przejechaliśmy na posterunek położony zaraz obok wioski. Modniś niemal wyczarował trzy filiżanki z herbatą i talerz z prażonymi pestkami arbuza. „Irański pop-corn”, powiedział „Raz chrupniesz i nie będziesz w stanie skończyć”.  Nawet nie zauważyłem jak tacka pojawiła się na podłodze. Nie zauważyłem również, a właściwie to nie dotarło do mojej świadomości, że zacząłem rozgryzać jedną pestkę za drugą.

- Alhamdullilah, westchnął Amir zanim wziął pierwszy łyk herbaty.

- Messie? Zapytał Modniś.

- Tak. Odpowiedziałem. – A Wy?

- Ja jestem wolnomyślicielem. Nie lubię religii. Odparł Modniś.

- Ja jestem Muzułmaninem. Ale szanuję inne wyznania i inne poglądy.

Telewizja pokazywała wiadomości. Złe wiadomości; polityczne wiadomości. Rozejrzałem się po posterunku Czerwonego Półksiężyca by zahaczyć wzrok o coś bardziej interesującego i zajmującego. Jedna duża izba dla wszystkich pracowników i wolontariuszy. Czysta. Irańczycy mają w zwyczaju sprzątać codziennie. Charakterystyczny, irański brak krzeseł czy stolików. W kącie stał galian (galian – fajka wodna). Pod ścianą nosze i sprzęt do udzielania pierwszej pomocy. Na półkach, nienagannie i pedantycznie ustawione podstawowe narzędzia do gotowania i podgrzewania wody, oraz... dwa słoiki. Podszedłem. Dwie, wielkie, diamentowe pyski o szklistym, nic nie mówiącym wzroku z rozdziawionymi szczękami wyraźnie eksponujące lekko zakrzywione zęby. 

- On złapał, Amir pokazał na Modnisia.

- One stąd są? Zapytałem.

- Stąd. To są węże Kaviru. Żmije. Bardzo jadowite. Bardzo przebiegłe. Bardzo zawistne i agresywne. Ja je złapałem gołymi rękoma, chwalił się Modniś.

- Dlatego, nie rozumiem dlaczego chciałeś tam spać. W nocy ich jest tutaj bardzo dużo. Wiele zgłoszeń, które dostajemy jest właśnie do ukąszeń przez węża.

- Przez kilka dni nie miałem problemu. Muszę się przyznać, że dwa razy tylko węża widziałem. Ale, tak na wszelki wypadek macie antytoksyny?

- Mamy. Jesteśmy dobrze wyposażeni do pierwszej pomocy. Mamy antytoksyny, dwa pełne zestawy do resuscytacji i jedną Toyotę Hillux. Szybko reagujemy. Raz tylko nie udało nam się odratować pacjenta. Ale jak dojechaliśmy na miejsce i znaleźliśmy go, już nie żył.

Amir pojawił się jak anioł w potrzebie. Siedząc na podłodze i chrupiąc pestki słonecznika, rozmawialiśmy do późnych godzin. Na różne tematy. Bez Tabu. Jak równi z równymi. Znów zacząłem myśleć o Iranie jako całokształcie i moich wcześniejszych obawach i rozterkach czy przyjeżdżać czy nie. Znów, spodziewając się Diabła, trafiłem na normalną młodzież z marzeniami, aspiracjami, planami, tolerancją i zapałem równymi, jeśli nie większymi niż u, młodzieży zachodniej. Tuż przed snem, Amir skierował mnie do drugiej, ciemnej izby z kilkoma pryczami. „To jest nasz pokój wypoczynkowy. Przepraszam, możemy się kręcić i może być głośno jak dostaniemy wezwanie. Nie mniej, jednak, życzę miłej nocy. Niech Cię Bóg błogosławi”. 

polksiezyc.JPG

Drużyna Czerwonego Półksiężyca

 

Rankiem, kiedy przeszedłem do głównej izby, Amir już stał przy aneksie kuchennym. Z elektrycznego czajnika dochodził dźwięk gotującej się wody.

- Jak Ci się spało?

- Bardzo dobrze. A Tobie?

- Ja nie spałem. Trzymałem wartę. Ale nie było żadnych wezwań.

Z pokoju wypoczynkowego, wyłonił się jeszcze zaspany i ziewający Modniś.

- Co na śniadanie? Powiedział wyszczerzając zęby w żartobliwym uśmiechu.

- Chwila. Amir zalał gorącą wodą dzbanek z herbatą, ustawił go wraz ze szklankami, talerzem z ciepłym, świeżym chlebem i malutkimi półmiseczkami – jedną z dżemem, drugą z kozim serem – na tacy. – Trzymajcie.

Zaczęliśmy posiłek.

- Amir, a Ty nie jesz?

- Ramadan się dziś zaczął. Wczoraj w nocy była pełnia księżyca. Teraz zaczął się nowy miesiąc. Święty miesiąc. Miesiąc postu. 

Spojrzałem na Modnisia.

- Co? Ja nie wierzę.

- Przepraszam. Powiedziałem w stronę Amira . Nie powinienem jeść na Twoich oczach.

- Nie ma problemu. Chyba też nie jesteś Muzułmaninem, prawda?

- Prawda.

-Chcesz więcej herbaty? Zapytał Amir i nie czekając na odpowiedź przelał zawartość dzbanka do mojej szklanki.

Kiedy po posiłku, wyszedłem z łazienki i zacząłem szykować plecak do dalszej drogi, usłyszałem od Amira.

- Gotowy?

- Gotowy na co?

- Gotowy żeby jechać do Nain? Za chwilę tu będzie mój przełożony. Zawiezie mnie do domu. Miło byłoby gdybyś zabrał się z nami. Pokażę Ci moje miasto.

- Jeśli jest miejsce to chętnie się z Wami zabiorę. Ale nie chcę Ci robić problemu. Ty nie spałeś. Na pewno jesteś zmęczony.

- Jestem, ale naprawdę nie będzie to problemem. Zależy mi byś zobaczył Nain. Wiesz, nazwa mojego miasteczka oznacza „czarujący”. Jak dla mnie, jest faktycznie czarujące. Lubię je.

Amir, zgodnie z obietnicą pokazał mi skąpane w pustynnym słońcu, wtapiające się w kolorystykę i formę otoczenia, sprawiające z daleka wrażenie lekkich wzniesień wystających za obrys horyzontu, Nain.

- To jest malutkie miasto, ale mamy jeden z najstarszych meczetów w Iranie. Amir pokazał palcem na ułożone w kształt misternej mozaiki gwiazdkowate otwory w ścianie VIII-wiecznego budynku różniącego się od reszty jedynie kopułą i ogromnym placem znajdującym się przed wejściem. – Poczekaj na mnie, proszę, muzę się pomodlić. Amir zniknął w meczecie. Ja, rozejrzałem się po placyku, na którym ubrane w czarne hijaby kobiety z zasłoniętymi twarzami, wraz z dziećmi chowały się pod rzadko rozsadzonymi drzewkami szukając odpoczynku od palącego słońca.

- Przepraszam, że tak długo. Musiałem się obmyć. Wiesz. Koran nakazuje trzykrotne obmycie się przed każdą modlitwą. Przyznam, że czasem pomijam ten obowiązek, ale teraz jest gorąco. Nie chciałem wchodzić zlany potem do meczetu. Tym bardziej, że chciałem podziękować Allahowi za błogosławieństwo w postaci Ciebie – gościa, oraz prosić go bym potrafił ugościć Cię tak byś nie mógł na nic narzekać. Chciałem też prosić o siłę by móc wytrwać w poście. W tym roku, Ramadan, przypada na najgorętszy okres. Nie wiem czy nie zwątpię, czy pracując, nie pojawi mi się w ciągu dnia pragnienie. Czy nie sięgnę po szklankę wody.

- Na nic nie narzekam, wierz mi. Cieszę się, że mogłem Cię poznać. Mam nadzieję, że uda Ci się wytrzymać. Długo już wytrzymałeś. Jest gorąco a Ty, mimo, że cały czas jesteś na zewnątrz, nic nie jadłeś ani nic nie piłeś. Szczerze mówiąc, podziwiam Cię za tą siłę.

- Chodźmy więc na rynek. Tam jest trochę cienia.

- O, klimatyzacja. Zażartowałem pokazując palcem na wysokie, smukłe wieże z podłużnymi oknami znajdującymi się po każdej stronie, tuż pod sklepieniem.

- To nie klimatyzacja. To łapacze wiatru. Właściwie to masz rację. Taka naturalna klimatyzacja. Chodź do budynku. Widzisz? To jest basen. Wiatr wpada przez otwory do wieży, wiruje w środku w dół, schładza wodę w basenie i wypełnia wnętrze chłodnym, rześkim powietrzem. Wiesz, to jest pustynia. Tutaj jest strasznie sucho i gorąco.

Słysząc te słowa, nawilżyłem językiem popękane usta.

- Amir. Przepraszam Cię, ale muszę się napić. Nie wytrzymam. Tu nas nikt nie widzi. Mogę?

- Przecież mówiłem Ci, że możesz. Ramadan obowiązuje tylko Muzułmanów. Ty jesteś Chrześcijaninem, prawda?

- Tak, ale nie chcę Cię kusić ani obrazić, dlatego się pytam.

- Nie ma żadnego problemu. Ja rozumiem inne poglądy.

- Ale na ulicy lepiej nie pić ani nie jeść?

- Na ulicy jak chcesz. Ludzie zrozumieją, że podróżujesz; że jesteś zmęczony; że możesz być innego wyznania niż Islam. Irańczycy mają swoje przekonania i swoje racje ale są bardzo tolerancyjni i otwarci na innych. 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Translator

BLOG ROKU

Zapraszam do głosowania
tutaj.

Oni ze mną jadą

Szukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Bądź na bieżąco

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

W drodzę