Bloog Wirtualna Polska
Są 1 267 962 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Indonezja (Jawa, Probolinggo) - A gdyby wrzucić tam coś do środka?

wtorek, 31 lipca 2012 15:08

 

 

 

 

 

Couchsurfing przeszedł lifting. Doszła opcja tzw. openrequestów. W niektórych miejscach, wystarczy wysłać jedną, otwartą prośbę o kanapę by dostać kilka odpowiedzi.

 

" Hejka. Nazywam się Indra. Widzę, że jesteś w Yogyakarcie. W Yogyakarcie studiuję, ale pochodzę z Probolinggo, gdzie będę za kilka dni. Jeśli planujesz zobaczyć jeden z najbardziej zjawiskowych wulkanów na świecie, Bromo, wpadnij do mnie. Pozdrawiam, Indra."

 


Brzmiało jak zaproszenie nie do odrzucenia. Zamiast ślęczeć nad mapą albo próbować ocenić, która rzecz z przewodnika będzie ciekawsza od innych, wystarczyło sprawdzić pocztę. Za kolejny cel obrałem sobie okolice wulkanu Bromo.

 

 

 

 

Po mojej pierwszej kolejostopowej sukcesoporażcę, wymyśliłem sobie by całą Jawę przejechać pociągiem, w legalny sposób, nie płacąc za bilet. Nowy, krótkoterminowy cel. Racjonalny - pociągi są wygodne i tak fajnie szumią podczas jazdy - dobrze się śpi, czyta książkę i nie trzeba w ogóle myśleć gdzie się jedzie. Na dobrą sprawę, nie trzeba mieć nawet mapy. Po prostu - wsiąść, zamknąć oczy, wysiąść. Pestka.

 

 

7.30. Czyli na stacji musimy być o 7.00. Dobrze, że Haddad wiedział o co mi chodzi. Podwiózł mnie w takie miejsce, w którym mogłem dojść do pociągu omijając ochronę. Z tego co do tej pory zauważyłem, w Indonezji, zaraz obok płatnych wejść do rzeczy ogólnodostępnych, funkcjonują znane przez wszystkich "dziury". Podobnie jest na stacjach kolejowych. Wchodząc głównym wejściem, poproszą nas o bilet. Wchodząc "od tyłu", podążając za obnośnymi sprzedawcami nikt nam głowy nie powinien zawracać. Mój pociąg. Może by tak, po prostu, wskoczyć za sprzedawcami? Nieeeee - łamanie prawa w obcym kraju nie wchodzi w grę. Co innego gdyby to miało jakiś styl, jakiś cel - jak Pablo Escobar - ale tak? Wolałbym już kupić bilet. Mogę z Wami jechać? Maszynista odesłał mnie do konduktora, konduktor wszedł ze mną do głównego biura, wyszedł i już po chwili trzymałem w ręku darmowy bilet do Banyuwangi. Oszczędność: 3 dolary, ale satysfakcja: bezcenna. Rozgoszczenie się w wygodnym fotelu żółto-niebieskiego wagonu trzeciej klasy ekonomi. Ruszamy. Książka i już po chwili, zamiast patrzeć jak nieskończone pola ryżowe przesuwają się za oknem na tle wulkanów; zamiast słuchać ofert kolejnych sprzedawców, znalazłem się na jakiejś łodzi gdzieś po środku XX wieku, wśród żyjących na karaibach przemytników ludzi i nielegalnego spirytusu (Ernest Hemingway - "To have and have not"). Ponad dziesięciogodzinna jazda to sen i przeczytanie książki od deski do deski. Szkoda, że nie mogłem jej zamienić na inną bo zaraz po tym jak dostała się w moje ręce, zalałem ją kawą. Trochę wstyd. Zostawiłem ją na zielonej kanapie z ekoskóry. Jedziesz do Probolinggo? Tak. To wysiadaj, powiedział konduktor. Spojrzałem na bilet. Konsternacja. Godzina przyjazdu 19 z hakiem. To jest Probolinggo? Zapytałem dziewczyny na kanapcę przede mną, która wcześniej częstowała mnie dżekfrutowymi czipsami. Tak. Sorki, muszę się zbierać. Na ciemnej stacji, jeszcze kilka razy upewniałem się czy trafiłem we właściwe miejsce. Na bilecie miałem nadrukowane Banyuwangi - stację terminalną pociągu, którym jechałem. A prosiłem o bilet do Probolinggo.


 

 

Kontakt z Indrą z couchsurfingu. Spotkanie na stacji. Jest u mnie dwóch Japończyków. Jedziemy do Bromo na motorach. Start za godzinę. Super, ile kosztuje wynajęcie motoru? 20 dolarów. Ile?? Jak chcesz to możesz pojechać autobusem i do nas dołączyć. OK. Śpicie tam? Tak, w hotelu. W hotelu?? Ale to tylko 20 dolarów za dobę. A nie lepiej pojechać tam jutro rano autobusem i zrobić dzienną wycieczkę? Oni chcą zobaczyć wschód słońca. To nie lepiej autobusem całą grupą i podejść? Podejść? Ale to jest siedem kilometrów. To dwie godzinki spaceru. Jakiego spaceru? To kawał drogi. No tak, Azjaci przyzwyczajeni do przejeżdżania skuterkiem na drugą stronę ulicy, za chodzeniem nie przepadają. Uświadomiłem to sobie dopiero pod koniec mojego pobytu w Wietnamie. Natarczywych kierowców taksówek i mototaksówek można zrozumieć. Wbrew pozorom, ich zachowanie jest całkowicie racjonalne. Transport, Myster? Transport Myster? Deja vu, Myster? Myster? Taxi? Transport? Wystarczy zmienić punkt widzenia. Im się po prostu w głowie nie mieści, że ktoś - w szczególności osoba o białym odcieniu cellulitisu na pośladkach - może gdzieś iść pieszo. Ale chwilka - zadzwonimy do nich. Masz telefon? Mówi, że za mało kredytu jest. Pokaż. Nie, no, 5.000 rupii. Powinno działać.... ale.... pokaż numer. To nie jest indonezyjski numer! Japoński. To oni przyjechali do Indonezji i nie mają lokalnej karty? No nie mają. Nie, to nie ma sensu dzwonić. To co robimy? Nic, jedźcie na Bromo a ja coś wykombinuję - najwyżej spotkamy się jutro.


 

 

Za szatansko psychodelicznymi anielskimi trabami (datura, bielun dziedzierzawa), rozciaga sie boski widok na rownine zwana Morzem Piachu.

 

 

 

Kafejka internetowa. Szybkie zapytania o kanapę w Probolinggo. W tym czasie, oświecenie - a może pojadę tam teraz i prześpię się w wioscę Cemoro Lawang, rzut kamieniem od samego wulkanu. Wyszedłem na drogę. Złapałem Bemo do terminalu autobusowego i wystawiłem kciuk. W międzyczasie, odrzuciłem kilka ofert wyczarterowania sobie jeepa tylko dla siebie za jedyne 50 dolarów. Stałem przez dwie godziny. Nic. Nikt nie jechał pod krater. W końcu, sprzedawca smażonego tofu: Jedziesz do Bromo? Do Cemoro Lawang. To chodź, zawiozę Cię. Ja tam mieszkam. Chwilę później, jechaliśmy pod górkę na jego skuterku. Im bardziej kręta i stroma droga tym zimniej. Współczuję ludziom mieszkającym w takich warunkach. W dzień gorąco; w nocy, potwornie zimno i do tego wilgotno. Reumatyzm w wieku 20-paru lat, gwarantowany. Zanim wjechaliśmy w chmurę, pierwszy raz od dłuższego czasu mogłem zobaczyć niebo prawie w całości białe od gwiazd.

 

 

Cemoro Lawang - wioska w chmurach. W dzien goraco, w nocy potwornie zimno.Wilgoc. Reumatyzm w wieku 20 lat gwarantowany.

 

 

Posterunek strażników Parku Narodowego Bromo Tengger Semeru. Wilgoć i lekki wiaterek sprawiają, że zimno wbija się porządnie w kości. Strażnicy parku siedzący dookoła kawałka wygiętej blachy z rozrzażonymi węglami. Przywiozłem wam gościa. Chcesz jechać na Bromo? O tej godzinie? Jest druga w nocy. Chcesz spać pewnie. Możesz do hotelu albo..... Masz koc? Mam śpiwór. To możesz tutaj spać. Coś ciepłego do picia? Jasne. Herbata czy kawa? Cokolwiek się pierwsze pod rękę nawinie. Dostałem kawę z torebki, przygotowałem śpiwór i po kilku łykach, zawinąłem się na skrawku podłogi w ciemnym pokoju zaraz obok pomieszczenia, w którym było włączone "ogrzewanie". Pobudka, pobudka. Hejka. Która godzina. Czwarta. Chcesz zobaczyć wschód słońca? A muszę? Nie musisz. Możesz dalej spać. Na prawdę mogę [z radości chciałem się facetowi rzucić na szyję]? Możesz, możesz. Dobranoc. Dobranoc.

 

O ile ludzie o białym odcieniu skóry na pośladkach lubują się w zachodach słońca, o tyle, dla mieszkańców wschodu, nie ma nic piękniejszego niż wschód. Wschód słońca na Angkor Wat; wschód nad Mekongiem, na Borobudur, Prambanan - zwariować idzie. Gdzie się nie pojedzie tam, koniecznie, trzeba oglądać wschód słońca. Pobudka o czwartej rano, zdecydowanie nie jest zgodna z moim zegarem biologicznym. Ba, czasem i ósma potrafi zaboleć. Do oglądania wschodu słońca robiłem w życiu kilka podejść. Za każdym razem, tak brakowało mi poduszki i kołdry, że praktycznie, nie wyłapałem momentu przejścia pomiędzy nocą a dniem. Zresztą, zupełnie przez przypadek, uciekając kiedyś zimie przed śniegiem do Maroko, w cenę biletu na lot Ryanair, miałem wliczony wschód słońca, którego żaden inny nie przebije. Słowem, jak dla mnie, zachód tak, ale wschód nie.



 

Z podłogi zwlokłem się dopiero o 9. Planowałem wcześniej, ale na prawdę wygodnie mi się spało. Do tego, było zbyt zimno żeby wyhylać się ze śpiwora. Dimana kamar mandi? Prysznic - brrrrrr, wiaderko z mroźną wodą. Kawa. Co mnie tak oko boli? Cholera, spuchła mi powieka. Wilgoć? Drobinka piasku? Dobra tam - pewnie jakaś drobna infekcja. Ważne, że widzę. Później kupię sobie sól..... albo pójdę popływać w morzu i będzie dobrze. Najpierw krater.


 

 

Spuchnieta powieka. Piasek? Wilgoc? Co tam - wazne, ze widac dobrze. NaCl.... ale po co? W Indonezji, gdzie by sie nie pojechalo, do morza zawsze bedzie rzut kamieniem.

 

 

Przez zupełny przypadek, udało mi się zaoszczędzić 25.000 rupii za wejście do parku narodowego. O opłacie dowiedziałem się dopiero od Francuzow których spotkałem po powrocie do Probolinggo. Chcesz skuter? Jasne. 70.000. Eeeee, myślałem, że za darmo Pan chcesz dać. Za darmo to Ci mogę konia dać. Jakiego konia? Tego. To co nie tak z tym kucykiem? To jest koń. Kucyk. Koń. Kuń. Co nie tak z tym kuniem? Wszystko OK, ale mamy trzy osoby i cztery konie a musimy je podstawić tam niżej. Chcesz to możesz się na jednym zabrać. A mogę na tym białym? A dlaczego na tym białym akurat? Nie wiem - tak jakoś..... pasuje mi.... do.... butów. Ruszyliśmy. W cztery osoby i cztery kucyki.... konie..... kunie. Nic to, że pierwszy raz jechałem na zwierzu nie podłączonym do niczego. A jak się tym skręca? O tak. A jak zatrzymuje? O tak. Łatwizna. O przyspieszanie nie pytałem bo wolałem zacząć od ćwiczenia hamowania.


 

 

Za darmo to mozesz Pan konia miec. A co nie tak z tym kucykiem? Koniem. Kucykiem. To jest kon! Kun. Zaoszczedzilem sobie troche spaceru podjezdzajac w wygodnym siodle ko... kucy.... kunia.

 

 

Najpierw stromą ścieżką w dół, mijając ołtarzyki z kadzidełkami i darami dla duchów. Zaraz za usadzonymi wzdłuż drogi, szatańsko psychodelicznymi anielskimi trąbami, roztacza się boski widok na Morze Piachu - równinę, której dywan stanowi drobniutki, wciskający się we wszystko wulkaniczny pył. Nazwa Bromo pochodzi od jawańskiej wymowy imienia Brahma - hinduistycznego boga stwórcy. Mogłem tutaj rozbić namiot, pomyślałem. Co tam, że zimno? Aż przypomniało mi się jedno z moich ulubionych miejsc w Iranie - pustynia Kavir. Gdyby jeszcze tylko te znikające jeziorka były, czułbym się jak w domu. Stop. Złaź. Coś nie tak? Nie, tutaj stajemy. Aleśmy przejechali. Cały kilometr. Zszedłem z kunia, podziękowałem i pokierowałem się w stronę miejsca żywcem wyjętego z Gwiezdnych Wojen. Hinduistycznej Świątyni położonej pomiędzy unoszonymi przez wiatr, tańczącymi stożkami z piasku. W świątyni, czternastego dnia festiwalu Yadnya Kasada, wierni, proszą bogów o błogosławieństwo i opiekę. W zamian, odwdzięczają im się.... zupą - po modlitwach, do wydającego odgłosy niestrawności i puszczającego co jakiś czas dymka krateru, wrzucają dary w postaci ryżu, owoców, warzyw i żywego jeszcze mięsa.

 

 

 

Czternastego dnia festiwalu Yadnya Kasada, przez brame tej hinduistycznej swiatyni, pielgrzymi z okolicznych wiosek wyruszaja gotowac w kraterze zupe dla bogow. 

 

 

 

Ja na swoją pielgrzymkę poszedłem z pustymi rękoma. Gdzie krater? Tam gdzie idzie tłum - głównie lokalnych turystów. Godzina 10.30. Pozbyłem się kurtki i bluzy. Zostawiłem sobie tylko sarong żeby zasłaniać twarz przed kolejnym spoliczkowaniem przez drobny piasek. Wystarczyło kilka minut żeby odczuwalna temperatura podskoczyła o ok. 20 stopni. Wody? Kawy? Herbaty? Ci sprzedawcy są wszędzie. Ciekawe czy na pogrzebach i weselach też można sobie nudle kupić.

 

 

Obnosni sprzedawcy wgramola sie wszedzie. Ciekawe czy na pogrzebach i weselach tez mozna sobie nudle kupic.

 

 

Schody. Ale tłok. I ślisko. Lepiej obok schodów się idzie. Trampki to nie buty trekkingowe, ale.... trampki mniej ważą i łatwiej się je naprawia. Krater. Nie chiałbym tam wpaść. Swoją drogą, ciekawe co by było jakby tam coś wrzucić. Buuuuum. O - już wiem. Bromo, jako aktywny wulkan, dość często lubi sobie mruknąć. Czasem, przydławiony, wypluje też trochę piachu czy lawy.

Saya suka.... tida suka. Saya cinta Indonesia! Jeszcze dwa tygodnie wcześniej chodziłem po zielonej, gęstej dżungli i ujeżdżałem fale na pięknej, wyjętej z pocztówki plaży. Teraz znalazłem się na pustyni. Indonezja to przeplatające się wszystkie wymiary materii i niematerii. Zamiast podejścia do krateru, spojrzenia w dół, cyknięcia sobie słitfoci, kilka godzin łaziłem dookoła. W dół, jednak, nie schodziłem. Lubię gorące źródła, ale pod warunkiem, że woda w nich nie śmierdzi siarką i jej temperatura nie przekracza 43 stopni.

 

 

 

A co by bylo gdyby cos tam do srodka wrzucic? Buuuuum. A - juz wiem. Bromo, jako aktywny wulkan, puszczajac ciagle dymka, lubi sobie czesto mruknac.

 

 

 

Do Probolinggo, wróciłem stopem. Zadzwoniłem do Kholida. Za 15 minut odbiorę Cię z terminala autobusowego. Bromo, Bromo myster? Ale ja nie jadę na Bromo. To dokąd? Czekam na znajomego. Może później chcecie samochód na Bromo. Nie, ja już byłem na Bromo. Ale znajomy. Oj, znajomy już był z milion razy. No dobra, to jak przyjedzie znajomy to dam Wam zniżkę na dojazd do Bromo. Całą godzinę (czyli 15 minut według "czasu indonezyjskiego"), próbowałem wytłumaczyć kierowcy różnicę pomiędzy czasem przeszłym dokonanym a przyszłym niedokonanym. Nie wyszło. Obcokrajowiec w Probolinggo? Bromo!!!!!


 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Translator

BLOG ROKU

Zapraszam do głosowania
tutaj.

Oni ze mną jadą

Szukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Bądź na bieżąco

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

W drodzę