Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 137 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


CZĘŚĆ DZIEWIĄTA: ANIOŁY I DEMONY

poniedziałek, 31 lipca 2017 21:08

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W OSTATNIEJ CHWILI

Pojawiali się i znikali. Nagle wyłaniali się z oparów wilgotnej mgły unoszącej się na linii brzegowej Zatoki Perskiej. Nie wiem czy celowo czy zupełnie przypadkiem, najpierw czekali na krytyczny moment. W potrzebie, zawsze można było na nich liczyć. Powiedziałem o nich znajomemu z Pakistanu – również podróżnikowi. Osobie zaufanej, z pełnym bagażem doświadczeń. Dobrze wiedział o czym mówię. Sam, spotkał ich o wiele wcześniej niż ja. Wyjaśnił mi, że są to dżiny, ale zachowaniem, przypominają anioły. Często, przyjmują postać ludzi. 

 

MUSTAFA – INŻYNIER.

 

Z dwóch równoległych dróg, wybrałem tą złą. Na mapie wyglądały podobnie. Jedna biegła wzdłuż Zatoki, druga, równoległa do pierwszej, nieco na północ od wybrzeża. Dopiero kiedy patrzyłem w pustkę, na końcu której droga, na której stałem, stopniowo zwężając się, dotykała horyzontu, jakby właśnie zderzenie z nim czekało na kierowców u jej kresu. Zorientowałem się, że coś jest nie tak. Zacząłem iść w stronę domków, które widziałem nieopodal. Miałem przy sobie tylko jedną butelkę wody, którą dał mi wcześniej Reza. W wiosce, zobaczyłem, że nikogo nie ma na ulicy. Nie było kogo poprosić choćby o łyk niezbędnego do życia płynu. Zastanawiałem się co mogło być tego przyczyną. Ramadan czy palące słońce, skutecznie zniechęcające do wychodzenia z zacienionego pomieszczenia. Zapukałem do jednych drzwi. Bezskutecznie. Zapukałem do drugich. To samo. Pocąc się obficie, postanowiłem przeczekać najgorętsze godziny w cieniu palm daktylowych. Schroniłem się pod rozłożystymi liśćmi tylko po to by, za chwilę, przejść przez pustą jezdnię i pokierować się w stronę morza by schłodzić się w wodzie. Nie doszedłem. Im bliżej wody, tym powietrze robiło się coraz gęstsze i cięższe. Nad samym brzegiem, stałem w słonych oparach. Wróciłem do drogi. Przez chwilę patrzyłem na żółte, pokryte drobnym piaskiem, przyjmujące rozmaite kształty, w tym kwiatów, drzew, grzybów, formy skalne. Próbowałem sobie wyobrazić, co miała na myśli natura zostawiając na nic ciekawe i przykuwające wzrok płaskorzeźby. Wydawało mi się oczywiste, że skały, które widziałem przed sobą, dawniej, stanowiły dno morza. „Zabawne – taka wilgoć a przede mną pustynia”. W istocie, na wybrzeżu Zatoki Perskiej, latem, wyraźnie można odczuć granicę obejmujących się wzajemnie mikroklimatów – skrajnie suchego i skrajnie wilgotnego. Jeszcze nie tak dawno, wyrabiałem sobie nowe nawyki na suchej i gorącej pustyni.  Dzień wcześniej, doświadczyłem największej wilgoci, jaką w życiu, nie tylko czułem, ale również, widziałem. Z oddali, zauważyłem nadjeżdżającego Paykana.

- Co Ty tutaj robisz? Chcesz paść? Zapytał mężczyzna z gęstymi, szpakowatymi wąsami, wyraźnie zarysowanymi zakolami i szczupłym nosem.

- Nie spodziewałem się, że może być aż tak gorąco. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się również, że nie będzie gdzie znaleźć wody do picia.

- Dziwisz się? Jest lato, jest Ramadan. Czego się spodziewałeś?

- Samochodów na tej drodze.

- Tędy nikt nie jeździ. Powinieneś był jechać przez Khormooj. Tam jest nowiutka trasa. Teraz, wszyscy tamtędy jadą. Gdzie Ty, tak w ogóle jedziesz?

- Bander Abbas.

- Tak daleko w taki ukrop. No ładnie, synu, ładnie, przez chwilę, poczułem się jak dziecko dostające burę za ognisko w salonie. – Zabiorę Cię do domu. Musisz trochę odpocząć.

Mustafa, zjechał kawałek od miejsca, z którego mnie zabrał. Wprowadził mnie do przestronnego wnętrza swojego domu, w którym dodatkowe wrażenie przestrzeni dawał połączony jedynie kolumnami i barkiem, minimalistycznie urządzony salon z kuchnią. Do chwili, w której wymacał na wewnętrznej stronie drzwi włącznik światła, w środku, panowały egipskie ciemności. Od razu po zdjęciu przed progiem butów i postawieniu pierwszego kroku w domu, chwycił za pilota i włączył klimatyzator. Pokazał palcem na wielki dywan w odcieniach czerwieni i beżu z luźnymi frędzlami na krawędziach. Usiadłem w najbardziej kulturalny sposób, w jaki potrafiłem. Mustafa zajął się uchylaniem masywnych rolet antywłamaniowych. Światło energooszczędnych żarówek ustąpiło miejsca znacznie mocniejszemu światłu słonecznemu. Sięgnął do lodówki. Postawił przede mną talerzyk daktyli i, oprócz butelki wody, kilka różnych napoi – malutki koncentrat z witaminą C, bezalkoholowego Istara, i parę małych kartoników z sokami w różnych smakach. „Częstuj się”, powiedział, sam odpalając papierosa. Zakładając, że skoro pali to nie pości, nie miałem żadnych osobistych obiekcji by opróżnić, niemal jednym łykiem całą, półlitrową, butelkę wody. Zamieniliśmy kilka słów.

- Przepraszam Cię. Jestem zmęczony a za godzinę muszę znów wracać na ten ukrop. Muszę się zdrzemnąć. Jeśli chcesz, możesz odpocząć trochę u mnie.

- Dziękuję bardzo, ale nie mogę. Chciałbym juro być w Bander Abbas. Goni mnie nieco czas wizy.

- Jak wolisz, ale uważaj na siebie. Zawsze możesz tutaj wrócić jakbyś czegoś potrzebował. Tutaj jest mój numer telefonu. Proszę. Weź to, powiedział Mustafa, wsuwając mi do torby puszkę Istara, małą butelkę wody i koncentrat z witaminą C.

 

ANONIMOWY TAKSÓWKARZ.

 

Znów, przez długi czas, nikt nie chciał przejechać. Kilka godzin, robiąc krótkie przerwy, szedłem powoli po poboczu. Z kolejnymi kilometrami, moje kroki, zaczęły przyjmować różne kierunku. Wczesnym popołudniem znów, musiałem rozplanować sobie w czasie, ile wody mogę w kolejnych godzinach przyjąć. Z planu, nie udało mi się wywiązać. Nie mogłem znaleźć cienia a moją skórę parzyło pełne słońce. Zobaczyłem mroczki przed oczyma. Przycupnąłem w miejscu, w którym stałem i wypiłem resztkę wody, którą miałem. Na płaskiej jak stół i prostej, sprawiającej wrażenie ciągnącej się w nieskończoność, drodze, wypatrywałem tęskno czegokolwiek co miałoby jakieś koła. Przestałem już mieć nadzieję na zatrzymanie samochodu. Odpowiadały mi nawet wrotki. Oczywiście, w komplecie z wrotkarzem lub wrotkarką. Istniałoby wielkie prawdopodobieństwo, że taki amator sportu w ekstremalnych warunkach miałby przy sobie coś do picia. Nie mając już ani kropli, zacząłem nucić sobie piosenki o wodzie.

Przetarłem ze zdziwienia oczy widząc szarą kropkę. Wyłoniła się nagle zza horyzontu i stopniowo, zaczęła się powiększać i zmieniać kształt. Samochód to czy wrotkarz? A może miraż? Samochód! Samochód! Zacząłem machać ręką tak energicznie jak tylko potrafiłem i wyszczerzyłem zęby w najszerszym uśmiechu jaki tylko potrafiłem z siebie wydobyć. Zapał przeszedł mi jak kształt przybrał formę Peugeote’a 405, na którego dachu pojawił się żółty szyld taksi.

- Pool nadaram, powiedziałem. Szczupły, łysiejący, wysoki kierowca pokazał dłonią na siedzenie pasażera i uśmiechnął się i zapytał dokąd jadę.

- Bander Abbas, odpowiedziałem. Kierowca znów gestem, zaprosił mnie do środka.

- Pool nadaram. Kierowca uśmiechnął się, pokiwał głową i zaprosił kolejny raz do środka.

Wsiadłem. Ruszyliśmy. Kiedy wskazówka prędkościomierza, stanęła na liczbie  sto czterdzieści, miałem wrażenie, jakbyśmy stali w miejscu. Droga była idealnie równa i prosta a pasy połączyły się w jedną całość. Po raz kolejny rozejarzałem się dookoła. Z lewej strony miałem pustynię, z prawej morze. Po lewej, suche jak pieprz powietrze, po prawej, rozproszone w drobinkach wilgoci światło słoneczne. Przedstawiłem się mojemu kierowcy. Odpowiedział jedynie uśmiechem i zwrócił wzrok spowrotem w stronę znikającej pomiędzy kołami białej linii. Przez cały czas jazdy, nie odezwał się ani razu. 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Translator

BLOG ROKU

Zapraszam do głosowania
tutaj.

Oni ze mną jadą

Szukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Bądź na bieżąco

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

W drodzę