Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 270 008 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


CZĘŚĆ DWUNASTA: BANDE DESINEE (DANS MACABRE)

środa, 06 września 2017 19:53

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

EPILOG

 

Siwy funkcjonariusz zatrzasnął za sobą masywne, zielone drzwi pokoju. Cykanie zegara znajdującego się na ścianie nagle zwolniło tempa. „Zabawne”, pomyślałem patrząc na powoli przesuwającą się po tarczy wskazówkę. „Ile trwa sekunda? Ile minuta? Dlaczego czasami jest tak, że godzina wydaje się być wiecznością a czasem mija jak z bicza strzelił? Zabawne jak postrzeganie czasu zmienia się w zależności od sytuacji, w której się znajdujemy. Czas obiektywny i subiektywny. Ale gdzie jest obiektywizm? Czy, w ogóle istnieje coś obiektywnego? Zabawne jak postrzeganie danego miejsca znacząco potrafi się różnić w zależności czy słyszymy o nim czy jesteśmy w nim i widzimy je na własne oczy.” Wsłuchując się w dźwięki wydawane przez koła zębate zegara, przypomniała mi się rozmowa z moją mamą przez popularny komunikator internetowy. „Jak to wszystko wygląda?”, zobaczyłem na ekranie mojego netbooka. Rozejrzałem się po kolorowym pokoju Pooyana. Spojrzałem w wielkie, czarne, lekko wilgotne oczy Tiny. Skierowałem wzrok na okno, w którym z racji późnej pory, zobaczyłem własne, rozproszone odbicie. Poprawiłem włosy i wróciłem do klikania w klawiaturę. „Jestem w Langerud. Bomby wybuchają ale daleko. Nawet ich specjalnie nie słychać. Zaraz kładę się spać.” Po chwili, zobaczyłem wiadomość: „No to uciekaj szybko z tego Iranu. Ty nawet nie jesteś na końcu świata. Ty jesteś w innym świecie. Jeśli Ci się coś stanie, nie mamy nawet w jaki sposób Ci pomóc”. Nawet nie wiedziałem, że mama potrafi tak szybko stukać w klawiaturę. „Gdzie mam uciekać? Do Pakistanu? Tam, słyszałem, że jest niebezpiecznie. Schudłem w Turcji i w Iraku. Muszę tutaj trochę sił nabrać”, odpisałem. „Do Chin leć. Już Ci szukam biletów”. W końcu, zorientowałem się, że mama nie odebrała mojej pierwszej wiadomości jako żartu. „Będąc tutaj, jesteś przedstawicielem nie tylko swojego kraju u nas. Jesteś też przedstawicielem Iranu u siebie. Musisz nas godnie reprezentować”, przeszły mi przez głowę słowa Dariusha. Kiedy kończyłem rozmowę z mamą, wszyscy już spali. Przez ponad dwie godziny, nie udało mi się jej przekonać, że nigdzie nie czułem się tak bezpiecznie jak w Iranie.

Spojrzałem na żółto-niebieski, pustynny krajobraz za oknem. Zrobiło mi się przykro, że z początku, również ja, po każdej poznanej po drodze osobie, spodziewałem się najgorszego. Przypomniały mi się kłopoty, w które, na własne życzenie się pakowałem i wszyscy ci, którzy pojawiali się znienacka i wyciągali w moją stronę pomocną dłoń. Przez głowę przebiegł mi strumień imion a oczyma wyobraźni zobaczyłem twarz każdego człowieka, którego ścieżka przecięła się z moją. Wszyscy wbili mi się w pamięć tak wyraźnie, że wydawało mi się jakby cała moja podróż przez Iran trwała najwyżej kilka godzin. Nikt nie był mi obojętny. Każdy zostawił ślad w mojej świadomości. Każdy otworzył mi oczy na rzeczy, których wcześniej nie dostrzegałem, mimo, że były tak blisko. W postrzępionych od wiatru ostrych sylwetkach gór stojących jak kamienne posągi na tle tańczącego piasku,  zobaczyłem szczery uśmiech Fahrsida, smutne usta Amira, płynące po policzkach Behnoush łzy, dumną twarz Dariusha, pewne siebie spojrzenie Soraji, zmarszczone od uśmiechu kąciki oczu Mashallah, kołyszące się podczas powabnego chodu biodra Tiny i unoszącą do ust wąż galiana, delikatną dłoń Asfaneh. Nagle, wydało mi się jakby uderzający, pustynny wiatr, imitując głos każdej z tych osób, zaczął powtarzać słowo „Persja”.

Po pierwszych minutach w Pakistanie, miałem ochotę zrobić zwrot w tył i uciekać spowrotem do Zahedanu. Do Iranu wracałem myślami jeszcze wiele razy podczas wykonywania codziennych czynności, kładąc się spać, otwierając oczy rano. W świadomościach wielu ludzi, których poznałem, Iran jawi się jako kraj ekstremistycznych terrorystów. Z szerokimi ze zdziwienia oczyma, słuchają o tym jak w Orumiyeh czułem się w amerykańskim filmie z czasów prosperity. Nie mogą uwierzyć kiedy opowiadam historie o nocach spędzonych pod dachami przypadkowo poznanych ludzi; o trwających do późnej nocy prywatnych potańcówkach w Bushehr; o wieczorkach poetyckich przy butelce nielegalnego wina w Shiraz, o posiłku, którym po drodze do Kerman, poratował mnie mullah w środku gorącego dnia przypadającego w najgorętszym okresie roku Ramadanu; o braku śmieci na ulicach; o bezpieczeństwie; o braku pogoni za mamoną i wiecznego wyścigu szczurów; o tolerancji; o narzekaniu obywateli na władzę nie różniącym się znacznie od naszego; o zbuntowanej młodzieży przeżywającej na co dzień takie same rozterki jak zachodnia młodzież. Podczas opowiadania każdej z tych historii, serce bije mi szybciej a w kącikach oczu pojawia się łza. „Jak w Iranie”, mówiłem podając koleżance z Kuala Lumpur nugatowe cukierki. Takie same jakimi częstowała mnie w Khandovan Yasmin. Męskie grono moich znajomych dziwi się, w jaki sposób mogę twierdzić, że perskie kobiety są najładniejsze na świecie skoro „one takie pozakrywane chodzą. Iran przyjął mnie tak dobrze, że każde wiadomości o możliwym ataku na ten kraj, zacząłem odbierać jak wiadomości o ataku na mnie i na moich bliskich przyjaciół, z którymi nadal jestem w ciągłym kontakcie. To właśnie dzięki Irańczykom, polubiłem internet i uświadomiłem sobie, że znajomości na odległość, potrafią być jednak trwałe. Czytając artykuł jednego z polskich polityków, miałem ochotę zarezerwować drogi bilet na samolot z Chin i osobiście, spłaszczyć mu nos. Zamiast tego, zdecydowałem się zamienić negatywną energię w pozytywną i spisać wykute na pamięć przez ciągłe opowiadanie historie w książce, którą właśnie trzymasz w dłoniach.

„I co teraz ze mną zrobisz, Diable?”, wypowiedziałem na głos, po polsku słysząc trzask klamki i skrzypienie otwierających się drzwi. Odwróciłem wzrok w stronę siwego funkcjonariusza i..... struchlałem. 

- Niestety, nie możesz opuścić Iranu bez filiżanki perskiego czaju. Powiedział wesołym głosem stawiając na biurku tackę z wysokimi, kominowatymi szklankami. - Zapamiętaj ten smak, dodał. – Ten rytuał, nad którym sumiennie pracowaliśmy przez tysiące lat, to duma i nieodłączny element naszego narodu.

Spojrzałem na kilka wirujących po dnie szklanki czarnych fusów, układających się w kształt przypominający strzałkę wskazującą ten sam kierunek co wiszący na mojej szyi Faravahar. 

Niestety, to już koniec. Przeczytaliście ostatni odcinek książki o ludziach, serdecznych i przyjacielskich nie dla własnej korzyści, tylko tak po prostu - bo tak trzeba. Przy okazji dowiedzieliście się o problemach z jakimi borykają się, przede wszystkim, młodzi ludzie w Iranie i jak sobie z nimi radzą. Mamy nadzieję, że lektura tej książki przyniosła Wam wiele radości i wywołała czasami chwile refleksji. Może przekonała Was, że nie taki diabeł straszny!?

lakedesert2.jpg

 

 


Podziel się
oceń
4
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Translator

BLOG ROKU

Zapraszam do głosowania
tutaj.

Oni ze mną jadą

Szukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Bądź na bieżąco

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

W drodzę