Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 495 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


CZĘŚĆ SZÓSTA: ZNAK ZAPYTANIA

wtorek, 20 czerwca 2017 21:07

KAMRAN I MANSUR – AMATORZY SZYBKIEJ JAZDY I PŁYWANIA.

Na chwilę sparaliżował mnie strach. Nie wtedy kiedy pruliśmy po cienkiej nitce z prędkościami wahającymi się pomiędzy sto-osiemdziesiąt a dwieście kilometrów na godzinę. Nie wtedy gdy dwóch, wiozących mnie białym Samandem, niewiele ode mnie starszych chłopaków zaczęło podczas szybkiej jazdy palić dżointa. Nie bałem się nawet gdy wyprzedzając Saipę, zza zakrętu wyłoniła się jadąca wprost na nas ciężarówka. Strach w oczy spojrzał mi dopiero wtedy gdy zjechali z drogi i zaczęli pruć na przełaj po płaskim, pokrytym cienką warstwą szarego piachu podłożu.

Południe. Pusta droga. Podniosłem wzrok znad książki. Nic. Kiedy kolejny raz, dałem odpocząć zmęczonym oczom patrząc przez chwilę w dal, na drodze pojawiła się biała plamka, stopniowo przyjmująca kształt samochodu. Ustawiłem się na poboczu. „Nain!”. Dwóch wesołych chłopaków, siedzących na pokrytych beżową skórą, fotelach Samanda (Samand – należąca do koncernu Iran Khodro Company marka produkowanych w Iranie, dobrze wyposażonych, opartych na platformie Peugeota 405 samochodów segmentu D), zaprosiło mnie na tylną kanapę, którą miałem tylko dla siebie. Ruszyliśmy. Usadziłem się po środku tak by widzieć znikającą pod kołami drogę i monotonny krajobraz dekorowany znikającymi jeziorkami. Nagłe przyspieszenie za nami chmurę piasku pokrywającego asfalt i wbiło mnie nieco w oparcie kanapy. O kierowcy – Kamranie i jego koledze – Mansurze dowiedziałem się tylko jak mają na imię. Wszelkie inne próby nawiązania kontaktu kończyły się jedynie śmiechem i szeptami, których nie potrafiłem zrozumieć gdyż zakłócał je pęd powietrza odbijającego się od przedniej szyby, napierającej na nie z prędkością wahającą się pomiędzy sto- osiemdziesiąt a dwieście kilometrów na godzinę.

- Dokąd, tak w ogóle jedziecie?

- [wybuch śmiechu, szepty]. No tak, jedna droga tylko tutaj jest. Gdziekolwiek nie jadą, to i tak jadą w moją stronę.

- Wiecie, bardzo mi się podoba w Iranie.

- [wybuch śmiechu, szepty]. No tak, większości Irańczykom, których do tej pory poznałem nie mieściło się w głowie jak mogę tak długo w ich kraju wytrzymać.

Mansur wyciągnął foliowe zawiniątko. Do mojej dłoni trafiła mała, czarna kulka. Powąchałem – haszysz.

- Chcesz zapalić?

- Nie, dziękuję.

- A nie będzie Ci przeszkadzać jak my zapalimy?

- Nie ma problemu, ale mogę otworzyć okno? Odpowiedziałem. W tym momencie, przez myśl przeszło mi „Wysiadaj!”. 

- Proszę.

Otworzyłem okno i zamknąłem od razu. Powietrze, dosłownie zaczęło mnie bić po bębenkach. Mansur zwinął skręta. Odpalił. Zaciągnął się kilka razy i podał go niezwalniającemu kierowcy. Gęsta chmura zakazanego dymu, bardzo szybko wypełniła kabinę Samanda.

- A jak policja nas zatrzyma?

- To nas wybiczują odpowiedział Mansur wybuchając głośnym śmiechem.

- Jego nie. On jest obcokrajowcem. Zauważył Kamran.

- Jak to nie? Też tu jest. Też wdycha. Na pewno nie chcesz się sztachnąć?

Pokazałem palcem na jadącą znacznie wolniej przed nami Saipę. Kamran, mimo, że zbliżaliśmy się do zakrętu, zjechał na lewy pas i zaczął wyprzedzanie.

- Ooooooo. Wykrzyknęli jednogłośnie koledzy kiedy zza zakrętu wyłoniła się jadąca prosto na nas ciężarówka.

Nic nie odpowiedziałem. Przyznaję się bez bicia, że chciałem krzyknąć, ale zaschło mi w gardle. Kierowca, cudem, wracając na prawy pas, zmieścił się pomiędzy przednim zderzakiem Saipy a masywną maską ciężarówki. Odetchnąłem z ulgą. Kamran i Mansur odwrócili się w moją stronę i wybuchając kolejny raz śmiechem, odsłonili plomby w zębach trzonowych.

„Jakby tutaj ich poprosić o zatrzymanie się?” Myślałem. „W sumie, nic mi nie zrobili złego. Z drugiej strony, czy jest sens wysiadać? W końcu jadą w moją stronę. A nawet, jeśli już miałoby się coś stać to.... to die would be an awfully big adventure”. Uspokoiłem się tłumacząc sobie, że ta ciężarówka i Saipa to przypadek; zbieg okoliczności. Wmawiałem sobie, że skoro droga jest pusta, dopóki kierowca jedzie prosto, dopóty nic nam nie grozi. Zresztą – nawet jakbyśmy mieli zjechać z asfaltu, wszędzie dookoła był tylko piasek. Pewnie skończyłoby się na tym, że zaliczylibyśmy miękkie lądowanie i stopniowo wytracili prędkość. Niestety, Kamran i Mansur, zadbali bym znów mógł poczuć napięcie równe tym, które towarzyszy człowiekowi podczas oglądania thrillerów. Nagle, zatrzymali się. Zawrócili. Przejechali kawałek i skręcili prosto w pustynię.

- Jedziemy popływać, powiedział Kamran.

- Tam jest jezioro. dodał Mansur.

- Ale tu nie ma żadnej drogi, zauważyłem.

 

Spojrzałem na słońce. „Jeszcze mam czas”, pomyślałem. Zostało mi jeszcze wystarczająco dużo dnia do zachodu by móc sobie zrobić małą przerwę od jazdy lub... powrotu na pieszo do głównej drogi.

- Zatrzymajcie się. Wysiadam. Powiedziałem kiedy działanie konopnego dymu pozwoliło mi połączyć ze sobą dwa wykluczające się wzajemnie fakty – to, że byłem na pustyni, oraz to, że mieliśmy, niby, jechać popływać nad jeziorem. Jezioro na pustyni? Pomyślałem – kto jak kto, ale ja takich tekstów nie połknę.

- Tutaj? Tu nic nie ma. Odpowiedział Kamran parskając śmiechem. Przeszło mi przez głowę, że może faktycznie nie ma się czego obawiać. W tym momencie, moją uwagę, zwróciła na siebie szybko pełzająca zygzakiem, w kierunku przeciwnym do naszej jazdy brązowa żmija, którą dojrzałem wyglądając przez prawe okno. Z rogami czy bez; żmija czy nie żmija, intuicja czy stan paranoiczny – to nie mógł być zbieg okoliczności.

- Zatrzymajcie się. Nie chcę z Wami dalej jechać. Kamran, zamiast zwolnić, znowu zaczął się śmiać. Mansur powiedział tylko „Jezioro”, co wywołało śmiech w dwóch różnych tonacjach i o dwóch różnych barwach. – Zatrzymajcie się dzwonię na..... – spojrzałem na telefon, na którym nie było ani jednej kreski zasięgu – dzwonię na policję.... wykręciłem numer.

Mansur szepnął coś do ucha Kamranowi. Kamran zatrzymał samochód. Wziąłem plecak i wysiadłem. Kamran z Mansurem odjechali. Minęli mnie drugi raz po zawróceniu samochodu. Nie zatrzymali się. Nawet na nich nie machałem. Zamiast tego, odpaliłem papierosa i policzyłem szybko, ile mogliśmy przejechać kilometrów i ile może mi zająć dojście do drogi.

Moim wielkim sprzymierzeńcem było słońce pozwalające mi, przy użyciu schowanego w kieszeni zegarka, wyznaczyć kierunek. Wrogiem była wysoka temperatura i kończąca się woda. Znów musiałem zrobić sobie powtórkę z matematyki i oszacować, co ile czasu mogę sobie pozwolić na wzięcie łyka niezbędnej do życia cieczy.

WZNIESIENIE

Pustynia Kavir, przyozdobiona jest skalnymi wzniesieniami – majestatycznymi, choć niskimi kamiennymi górami, w których dopatrzeć się można rozmaitych kształtów i.... kolorów. Jedno z takich wzniesień, obrałem sobie jako punkt orientacyjny podczas rozbijania namiotu szykując się do noclegu. Odchodząc od drogi chwilę przed zachodem słońca, podążałem w stronę pomarańczowego pagórka, wyraźnie wystającego poza obrys horyzontu. Im bardziej się zbliżałem, tym góra przybierała bardziej jaskrawy odcień oranżu. Gdy doszedłem na miejsce, wzniesienie zrobiło się nagle czerwone. Noc. Znów obudził mnie szelest ścian namiotu. Wyszedłem na zewnątrz. Rozejrzałem się dookoła. Tym razem, przed moimi oczyma nie było całkowicie czarno. Przeciwnie – mimo bardzo późnej pory, było całkiem jasno. „Czyżby moje źrenice przyzwyczaiły się do ciemności?”, pomyślałem. „Nie”, odpowiedziałem sam sobie patrząc na odbijające księżyc, skalne wzniesienie, które tym razem, mieniło się na biało. Nie był to żaden odcień bieli. Nie był to beż. Nie była to kość słoniowa. Była to najczystsza biel jaką można było sobie wyobrazić. Biel rzucająca taki blask, że wszystko wkoło widoczne było prawie jak na dłoni. Rankiem, nie było możliwości by zabłądzić. „Dziękuję”, powiedziałem zostawiając z tyłu przypominające mi, w którą stronę iść, żółte wzniesienie. 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Translator

BLOG ROKU

Zapraszam do głosowania
tutaj.

Oni ze mną jadą

Szukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Bądź na bieżąco

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

W drodzę