Bloog Wirtualna Polska
Są 1 267 963 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


CZĘŚĆ DWUNASTA: BANDE DESINEE (DANS MACABRE)

sobota, 02 września 2017 20:23

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CZERWONE ŚWIATŁO.

 

„Nie lubię regionów przygranicznych”, przeszło mi przez głowę gdy poczułem na sobie wzrok obwieszonych wielkimi torbami pakistańskich Beludżów przepychających się w stronę taksówek jadących do przejścia Mirjaveh.

- Peter, przepraszam Cię, ale pojadę autostopem. W takim tempie to nigdy do tej granicy nie dojadę na czas.

- Uważaj na siebie. To nie jest najbezpieczniejsza droga.

- Tutaj, nie masz się raczej czego obawiać, dodał Alex. – Ale uważaj w Pakistanie. Uważaj komu ufasz.

- Dziwne bo to samo mówili mi zanim przyjechałem do Iranu. Ufałem każdemu, bezgranicznie. Nic mi się nie stało. Przeciwnie. Opuszczam Iran mając wrażenie, że to jedno z najbardziej bezpiecznych miejsc na ziemi.

- To fakt, w Iranie jest bezpiecznie a wszystkie drzwi stoją przed Tobą otworem. Ja się cieszę, że urodziłem się w Iranie. Nie jest idealnie, ale niczego nam też nie brakuje. Sistan Beluchistan ma swoje problemy, ale robią co mogą by im zapobiec. Po drugiej stronie, jednak, uważaj. Czeka Cię coś zupełnie innego.

- Z tego co słyszałem, prowincja po drugiej stronie nazywa się Beludżystan więc czekają mnie Beludżowie mówiący Waszym językiem, wyznający Waszą religię, mający taką samą kulturę, tylko, że oddzieleni od Was granicą.

- Ale pakistańscy Beludżowie, włączył się Peter – Pakistańscy Beludżowie są inni. W Pakistanie, uważaj komu ufasz i z kim rozmawiasz. Otwierasz nowy rozdział. Musisz oduczyć się nawyków związanych z poczuciem bezpieczeństwa.

- A propos otwierania nowego rozdziału, powiedziałem. – Dziękuję Wam za postawienie pięknego stempla na ostatnim. Dziękuję za wspaniałą gościnę i towarzystwo podczas dnia.

- To my dziękujemy, że byliśmy w stanie coś dla Ciebie zrobić. Przepraszamy jeśli Cię czymś uraziliśmy lub jeśli czegoś Ci brakowało, odpowiedział ściskając mnie Peter.

- Niczego mi nie brakowało. Dostałem o wiele więcej niż oczekiwałem. To ja przepraszam za początkową opryskliwość i uprzedzenie. A teraz, wybaczcie, zmieniłem temat ściskając dłoń najpierw Alexa a później Petera, nie lubię pożegnań więc powiem krótko. Wszystkiego dobrego. Obrócę się na pięcie, odejdę przed siebie, a wy, proszę, nie miejcie mi za złe, że nie powiedziałem nic więcej. Po prostu, nie lubię pożegnań.

- Wszystkiego dobrego, powiedzieli jednym głosem Peter i Alex.

- Insh Allah, odpowiedziałem idąc wzdłuż pustej drogi w stronę postrzępionych, suchych gór

W miarę, jak słońce na nieboskłonie wspinało się coraz wyżej i wyżej, suche powietrze robiło się coraz bardziej gorące i ciężkie. Spojrzałem za siebie. W oddali, zobaczyłem jakby pokropione zielenią niskie, murowane budynki Zahedanu. Z tej perspektywy wydawały się być malutkie. Zabawne jaki wpływ ma perspektywa na postrzeganie rzeczywistości. Zabawne, że czasem obraz widziany tylko z jednej perspektywy uważany jest za prawdziwy.  Zabawne jak zakrzywia perspektywę wyobraźnia, oczekiwania czy strach. Strach często bywa większy niż rzeczy, których się boimy. Strach ma wielkie oczy. By przekonać się jakie oczy ma bestia, trzeba stawić jej czoła osobiście.

W obszernej lecz nieco zagraconej kabinie starej ciężarówki z teherańskimi numerami rejestracyjnymi, kierowca podał mi plastikowy kubek, który po chwili napełnił gorącą herbatą z termosu.

- Gdyby nie ten plecak, nigdy bym Ci się nie zatrzymał, powiedział. – W tych terenach, zatrzymujemy się jedynie w miastach. Nawet teraz, jadąc mam pietra.

- Ale przed nami jedzie radiowóz, zauważyłem.

- To co? Większość przestępców atakuje wojsko, policję i ciężarówki.

- Przestępców czy terrorystów? Zapytałem, skonsternowany.

- Jakich tam terrorystów jak to wszystko o pieniądze się rozbija. Przestępcy zwykli, którym nie chce się do normalnej roboty chodzić. Uważaj na siebie w Pakistanie. Pakistan to nie Iran. Tam, cały czas się coś dzieje.

- Racja, Iran jest bezpieczny, przyznałem. – A nawet jak robi się niebezpiecznie, zawsze pojawia się ktoś kto to bezpieczeństwo zapewni, dodałem.

Kiedy zwolniliśmy przed kompleksem niskich budynków, odczułem żal, że w Sistanie Beluchistanie, spędziłem tylko jeden dzień. Dzień, który okazał się, jednak, być jednym dniem za dużo.

Nowoczesna granica. Miałem być w jednym z najgorzej rozwiniętych miejsc Iranu, znalazłem się wśród budynków przypominających terminal właśnie oddanego do użytku, dużego lotniska. Dzięki czytelnym znakom, odnalazłem drogę do korytarza dla pieszych.  Ustawiłem się na końcu kolejki, kilkanaście metrów od otwieranych za pomocą fotokomórki, rozsuwanych drzwi. Funkcjonariusz straży granicznej, chwycił mnie za przedramię, skinął głową i wzdłuż tłumu czekających na swoją kolej osób, złożonych głównie z Beludżów zamieszkujących na stałe obydwie strony Beludżystanu, poprowadził wprost do samego okienka. Celnik, uśmiechnął się.

- Hubi? Zapytał.

- Hubam, odpowiedziałem.

- O, znasz Farsi, zdziwił się, pokazując więcej zębów.

- Troszeczkę, odpowiedziałem.

- Gorąco? Zapytał biorąc do ręki mój paszport.

- Tam tak, tutaj nie, odpowiedziałem pokazując palcem na klimatyzator.

- Trochę się zasiedziałeś, zauważył spoglądając w moje dane wyświetlone na monitorze komputera po przesunięciu sztywnej strony paszportu po czytniku.

- Chciałem wykorzystać do maksimum czas pobytu, który dostałem w wizie.

- I wykorzystałeś trochę więcej, odpowiedział celnik, na którego twarzy, uśmiech, został zastąpiony poważnym, lekko zakłopotanym wyrazem.

- Jak to więcej? Zapytałem zdziwiony domyślając się odpowiedzi.

- Jeden dzień więcej.

- Czyli będę musiał zapłacić karę? Zapytałem.

- Chwilka, poczekaj. Celnik zabrał moją książeczkę znajdującego się zaraz za bramkami biura.

„Tu jesteś, Diable!” Pomyślałem, kiedy po chwili wyszedł i poprosił mnie do środka. Za biurkiem, nad stosem papierów, siedział palący papierosa, gruby funkcjonariusz z gwiazdkami na pagonach i śnieżnobiałą siwizną porastającą obficie twarz i głowę.

- Przepraszam bardzo, źle policzyłem dni, powiedziałem kłaniając się.

- Nie ma żadnego problemu, odpowiedział starszy stopniem funkcjonariusz. Będziesz musiał zapłacić karę.

- Ile?

- Piętnaście dolarów.

- Proszę, podałem wyciągnięty z plecaka, specjalnie przygotowany na tę okoliczność banknot dwudziestodolarowy.

- Nie tutaj, powiedział funkcjonariusz wyszczerzając zęby w szerokim uśmiechu i ziejąc przez nos chmurą papierosowego dymu

- Jak to nie tutaj?

- Musisz wrócić do Zahedanu. Wypiszę Ci kwit do urzędu imigracyjnego.

- Przykro mi, ale to niemożliwe, odpowiedziałem.

- Dlaczego? Zdziwił się funkcjonariusz.

- Jeśli wrócę teraz do Zahedanu, na miejsce dojadę jak urząd imigracyjny będzie już zamknięty. Z tego co mi wiadomo, przejście graniczne zamykają o jedenastej więc jeśli jutro zabiorę się za uregulowanie kary, istnieje możliwość, że nie zdążę dojechać na czas do Mirjaveh. W takim przypadku, z jednego dnia przekroczonego pobytu, zrobią się trzy.

- Masz rację, ale takie mamy procedury. Nie można tutaj płacić. Musisz się wrócić do Zahedanu.

- Wie Pan, bardzo podoba mi się w Iranie, ale nie w Zahedanie. Nie w Sistanie Beluchistanie. Nie czuję się tutaj bezpiecznie. Boje się wracać tą drogą, boję się zostawać kolejne dni w tym rejonie. Chcę przekroczyć granicę i jak najszybciej udać się do Karachi.

- Rozumiem Twoje obawy. Zaraz zobaczę co da się zrobić, odpowiedział podnosząc do ucha słuchawkę zielonego, przewodowego telefonu. Zwinięty w kształt sprężyny kabel, wyprostował się kiedy, pogranicznik odchylił się do tyłu na krześle odpalając kolejnego papierosa. – Niestety, mamy problem, powiedział ironicznie się uśmiechając. – Niestety nie możesz opuścić Iranu. Poczekaj na mnie chwilę. Zaraz wracam.

- Mam Cię Diable, pomyślałem. – Tym razem już na pewno.  


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Translator

BLOG ROKU

Zapraszam do głosowania
tutaj.

Oni ze mną jadą

Szukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Bądź na bieżąco

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

W drodzę